Zasadniczo jestem miłośnikiem takich sklepików zwłaszcza gdy
wśród mieszkańców osiedla dominuje grupa mało mobilnych emerytów i samotnych,
starszych osób, ale Ten Sklepik zasługuje na umieszczenie go w kategorii
reliktów gorszego okresu PRL i ogólnie do tego bloga pasuje jak ulał.
Jest
pieczywo, nabiał, mięso i wędliny, owoce i warzywa oraz wszelakie konserwy,
słodycze i napoje. Niby fajnie, prawda? Ale, ale…
Już od dawna i nie bez powodu, określam to miejsce mianem
„Brudny Sklep”. Jest on zdecydowanie mało powierzchniowy a mimo to obowiązuje
system na wpół samoobsługowy gdyż nie wszystkie towary dostępne bezpośrednio
dla klienta. Balansowanie w wąziutkimi ścieżkami pomiędzy kartonami stanowi
dodatkową atrakcję zwłaszcza zimową porą gdy klient odziany w grube płaszcze i
kurty.
Nabiał eksponuje się w szafie chłodniczej… Bez używania funkcji chłodzącej. Ot, taki sobie regał,
który zasłania się folią z dni szczególnie gorące. Jakby to miało zapewnić
odpowiednią dla mleka i śmietany temperaturę :)
Kartony z jajami kładzie się obok, wprost na posadzce. Dla własnego
bezpieczeństwa lepiej nie korzystać ze sklepowych koszyków, które lepią się od
brudu. Ja posługuję się własnym, wiklinowym.
Lada chłodnicza, owszem jest, dla mięs i wędlin oraz okresowo
dla bardziej na upał wrażliwych produktów lecz opatrzona groźnym napisem: „Nie
ruszać!”. Och, strach się bać.
Pieczywo luzem wybieramy z drewnianych skrzyń ustawionych na
najniższym poziomie czyli z podłogi. Obowiązuje zasada: Ćwicz skłony i nie
zważaj na bliskość zadeptanej butami posadzki. Dla wrażliwych są dostępne
reklamówki „zrywki” przy kasie.
Owoce leżą nieopodal w „firmowych wprost z bazaru” kartonach,
a warzywa spokojnie wysychają powyżej, na drucianym regale. Osobne miejsce jest
dla skrzynki na ziemniaki, które trzeba osobiście nakładać do reklamówki.
Swoimi palcami i bez stosownej osłony. Uwaga! Dziś otrzymałam propozycję
samodzielnego uniesienia worka z ziemniakami i wsypania ich do skrzyni gdyż…
Sklepowa cierpi na ból kręgosłupa. Dostałam do wyboru: zadowolić się resztkami
z dna skrzyni lub osobistego jej napełnienia lepszym towarem. To chyba
zaszczyt?
Z
takimi, utytłanymi ziemią, palcami przechodzimy do lady z kasą i dokonujemy
płatności wprost na ladę zasłaną brudnymi plastikowymi podkładkami. Ale kasa
fiskalna jest, elektroniczna… Choć stosownie do otoczenia brudna aż strach. Podobnie
jak blat lady za którym królują Panie ekspedientki w cywilnych ubraniach bez osłony fartuszków i
czepków, w sezonie infekcji czasem kichające i prychające z powodu
przeziębienia. Ech…
Ale co tam higiena! W sklepiku panuje unikalna, familiarna,
atmosfera. Właściciel – uwielbiany przez osiedlowe emerytki Pan Mareczek
nierzadko wywołuje klientki po nazwisku, nieomal pieszczotliwie: „Pani
Kowalska, co dziś kupujemy?” I tu następuje wartki dialog na temat domowego
menu u szefa i klientki. Włącznie z wymianą kulinarnych receptur. Jednego razu
Pan Mareczek wygłosił orędzie: „Handel
tu w sklepie mi się nie opłaca, gdyby nie zaopatrzenie dla dwóch przedszkoli to
zamykam interes. Cieszcie się, że jeszcze jestem”. Ot, ludzki pan.
A ja zgrzytam zębami i przysięgam w duchu, że więcej tu nic
nie kupię. To mi się udaje okresowo, do czasu gdy zabraknie akurat kilku ziemniaków…
A na bazarek jest o wiele dalej.
Taką oto „perełkę” minionego czasu dziś zaprezentowałam. Dla
porządku trzeba dodać, że żadnej sanitarnej afery tu nie było, nawet za czasów
pandemii. Wszyscy klienci żyją i może to jest dowód, że nadmiar higieny jest
przereklamowany?