niedziela, 15 kwietnia 2018

Parasol niepotrzebny już?


        Pomimo słonecznego poranka, po południu niebo zaciągnęło się chmurami, które ciemniały i gęstniały z każdą chwilą grożąc wiosenną burzą. Ach, a ja tak beztrosko zlekceważyłam pytanie wychodzącego „do miasta” domownika: „Parasol trzeba brać?”

- Hi, hi, hi! Raczej słoneczne okulary!  Zaszczebiotałam radośnie.

Widok granatowego nieba obudził we mnie malutkie wyrzuty sumienia za brak zapobiegliwości i wielkie wspomnienia jak to dawniej bywało.

       
Osiedle było i jest słabo skomunikowane z tak zwanym „miastem”. Podstawowym środkiem komunikacji od zawsze był tu tramwaj, który właśnie nieopodal zataczał końcową pętlę swojej miejskiej trasy. Nieopodal – w rzeczywistości oznaczało około 400 metrów spaceru wąską ścieżką poprzez „szczere pole” pozbawione zabudowań i wyższej niż trawa roślinności. Latem była tu istna słoneczna patelnia, jesienią i zimą hulał wiatr, a śnieg tworzył trudne do przebycia zaspy. Do szkoły, do pracy, na sobotnią randkę… Trzeba drałować wąską ścieżką do upragnionego tramwaju, który wiózł nas w świat! To nic, że z czasem ścieżkę utwardzono chodnikową płytą, a otoczenie zaczęło porastać krzewami i zasadzono młode drzewa. Droga do miejskiej komunikacji nie skracała się. Nic, a nic… I właśnie dlatego utarł się u nas pewien osiedlowy, deszczowo-burzowy obyczaj. W przypadku nagłej zmiany pogody do powracających z pracy, szkoły lub z podróży, zagrożonych przemoknięciem, należało wyjść na przystanek tramwajowy z zapasowym parasolem. Misję tę chętnie powierzano dzieciom, które ochoczo biegły mokrą ścieżką z parasolem dla ochrony spieszącego po pracy na obiad taty, przyjmując to jako jeden z należnych dzieciom domowych obowiązków.  Taka ochrona tatusiom się po prostu należała! Tup, tup dziecięcą nóżką. Hi, hi, hi…

        A mówiąc serio, obyczaj ten wiele mówi o dawnych relacjach w rodzinie gdzie dbałość o kochanego człowieka objawiała się takimi właśnie, z pozoru drobnymi, opiekuńczymi gestami. 

        Opisana powyżej „rodzinna ochrona przeciwdeszczowa” koresponduje dobrze z niegdysiejszą naszą tu dyskusją nad znaczeniem słowa „dochówka”. Przypomnę fragment tekstu opublikowanego na blogu Onet 20 listopada 2009:

Niedawno zachwyciło mnie słowo „dochówka”…
Całkiem wyszło z użycia , tak jak czynność jaką opisuje. Otóż „dochówka” – to schowek w piecu kaflowym przeznaczony na przechowywanie potraw w cieple….No właśnie. Po co teraz coś takiego? Pstryk w mikrofali…i…. gotowe! Po co komu archaiczne słowo „dochówka”?????
Ileż jednak ciepła i pozytywnych emocji jest w tym słowie. Otóż ktoś przetrzymuje z troską ,obiad, dla kogoś kochanego, aby miał smaczny i ciepły posiłek. Posiłek trzeba „dochować” czyli utrzymać… dla … kogoś ważnego i kochanego. Szczęśliwy ten „ktoś”, szczęśliwa osoba, która „dochowa”….
A mikrofala ? Zimna stal, anonimowy pstryk, kilka sekund i gotowe. Gdzie tu miejsce na troskliwe myślenie i serce ?????
Szkoda mi „dochówki” i tego ciepła, które w tym słowie wyczuwam…

        Podobnie szkoda mi, że już nie biegnę na przystanek z zapasowym parasolem gdy niespodziewanie spadnie deszcz.  Czy tylko u mnie czy u wielu z nas coś się  zmieniło?


        

18 komentarzy:

  1. Dyżurny parasol? Co za elegancja, pamiętam czasy, gdy kupić parasol nie było łatwo. Raz w przejściowym przypływie zamożności nabyłem w PEWEXie, chyba za sześć dolarów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że braki zaopatrzenia w parasole mogły być przyczyną owych wędrówek na przystanek. Skoro w rodzinie był jeden egzemplarz to musiał być przekazywany potrzebującemu w ramach akcji ratunkowej:-)

      Usuń
  2. Dobrze, że najwyższy parasol u Ciebie to czarny. Przyda się na kolejny marsz.
    "Dochówek" u mnie zastąpiły t.zw. trojaczki, mam takie podgrzewane elektrycznie, z kontrolą czasu, i temperatury. Fajny jest taki szklany czajnik, idealny do podgrzania przygotowanej wcześniej kawy.

    OdpowiedzUsuń
  3. No i proszę, dawniej parasol był pomocny w umacnianiu więzi rodzinnych a dziś ma być symbolem protestu. Ot,takie mamy czasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kolekcji parasoli jest też taki wielokolorowy, tęczowy... Przyda się jako rekwizyt na Paradę. Wiadomo jaką, prawda?

      Usuń
    2. Najlepszy to byłby taki, który w szpikulcu ma umieszczoną truciznę. Wtedy mogłabyś nawet iść na marsz ONRu ...

      Usuń
    3. Jednym słowem, modyfikując mistrza Wyspiańskiego:"Jakby kiedy co do czego... Parasole stoją w przedpokoju!" Na sztorc!

      Usuń
  4. Dochówka :) moja babcia tam chowała w małym rondelku ziemniaki które zostały po obiedzie :) wieczorem kroiła na kawałki niczym tort - nie jadłam nic lepszego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, poczytaj poniżej wypowiedź z Jakubowa...
      Myślę, że funkcjonowały dwie nazwy i dwie interpretacje pochodzenia tego słowa. Obie są logiczne i mogą być uznane za prawdziwe.

      Usuń
    2. Jakkolwiek by nie nazwać tego ciepłego miejsca - zawsze kojarzy się z przyjemnie z kochanymi osobami. I to jest najbardziej urocze w tym słowie.

      Usuń
  5. A nie mogłaś wyjśc po Domownika z parasolem? Dochówka - pamietam z dzieciństwa, ale nie wiedziałam, że nazwa bierze się z "dochowania". Tym bardziej, że ja nie wiedzieć czemu mówiłam "duchówka" (może od duszenia potraw?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie sama się zadziwiłam dlaczego nie biegnę z tym parasolem:)) Dopadła mnie znieczulica, czy co? Domownik przeżył, dotarł do domu z lekkim opóźnieniem przeczekawszy deszcz w pobliskiej galerii.
      W czasach gdy obowiązywało bieganie z parasolem nie było miejsca do przeczekania. Tylko wąski daszek okalający budkę z pieczywem:))
      Może stąd ten zwyczaj parasolowej ochrony?

      Usuń
  6. Nie bardzo zgadzam się z etymologią "dochowania". W lubelskiem była to duchówka, kojarząca się z ciepłem dusznego, bez wentylacji, wnętrza, duszy, kaflowego pieca "pokojowego".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy nie zgadzają się z brzmieniem tego słowa i utrzymują, że to żadna tam duchówka tylko dochówka bo dochowuje ciepło.
      Uważam, że obie formy są prawidłowe a różnica związana jest z regionem i lokalnymi nazwami. Podobnie jest z narzędziem do prac ogrodniczych. Dla jednych jest to motyczka a dla innych haczka. Jedni chodzą w kapciach a inni w laczkach:))
      Tak czy siak , obie nazwy mają w sobie ciepło zarówno pochodzące z pieca jak i z serca.

      Usuń
  7. Ło Jezusicku Kochaniusieńki! Gdyby taka zmoczona,zziębnięta istota dotarła ku mnie na sobotnią randkę,to tylko CIEPŁE słowo,ciepły kocyk i chyba już żadnych amorów..No..chyba żeby była chętna..Bom z natury jest gorący..

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziś słońce świeci, parasole siedzą w kącie:-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ci, co przyjechali z Kresów mówili "duchówka" i taka forma jest w Słowniku Doroszewskiego. Mówili.... bo już ich nie ma.
    Marcowy Zając

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewne jest, że jest to słowo magiczne - zawsze wzbudza emocje i zawsze ciepłe wspomnienia.
      Marcowy, kresowiacy jeszcze są, co raz mniej licznie niestety ale są! Niech nam żyją wiele jeszcze lat!

      Usuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.