niedziela, 15 września 2013

Napijmy się herbaty!



      Nasza Ludowa Ojczyzna była krainą mlekiem /tym podstawianym pod same drzwi blokowych m-ileś tam/ i herbatą płynącą.

        Podstawowym, codziennym napojem rodaków była właśnie herbata podawana w przezroczystych i łatwo tłukących się szklankach z obowiązkowym spodeczkiem. Te kruche naczynia zwykle były pozbawione uchwytów i przez to kłopotliwe w użyciu bo parzyły dłonie. Często stosowano więc ozdobne i praktyczne ochraniacze z uchwytami wykonane z różnych nieprzewodzących ciepła materiałów. Bardzo ładne, artystycznie wykonane.  Cel chłodzenia napoju spełniała też ceremonia słodzenia cukrem. Herbaciany savoir-vivre nakazywał czynić to bez efektów dźwiękowych. Podobno obowiązywały też jakieś pożądane kierunki ruchu łyżeczki… koliste lub poprzeczne? Naganne było także stukanie o brzeg szklanki w celu strząsania ostatnich kropel z łyżeczki na zakończenie mieszania a najcięższy błąd to pozostawienie łyżeczki w szklance podczas spożywania napoju! Z czasem, wraz z pojawieniem się herbaty ekspresowej w torebkach, zaczęły obowiązywać dodatkowe przepisy z tym związane. No bo trzeba wiedzieć jak wycisnąć i gdzie odkładać zużytą torebkę, aby nie kapała. Prawda?

        Herbaty nigdy w handlu nie brakowało. Co najwyżej okresowo niewielki był wybór gatunków, a w czasie „octowym” deficyt dotyczył właściwie wszystkiego, więc się nie liczy. Znana nam była tylko herbata czarna. Długo nie wiedziałam nawet o istnieniu herbat zielonych, białych i czerwonych. Chociaż, podejrzewam, że dość paskudna smakowo Ulung była herbatą zieloną lub zawierała spore jej domieszki. Całkiem dobra była herbata Madras i Yunnan. Z biegiem lat pojawiały się bardziej wyrafinowane gatunki herbat aromatyzowanych typu Earl Grey. Dla domowego użytku dobrze sprawdzały się mieszanki różnych gatunków.

        Herbatę zaparzano w czajniczkach gdzie powstawała tak zwana esencja rozcieńczana wrzątkiem tuż przed podaniem. W warunkach bardziej spartańskich  sypano „herbaciane piórka” wprost do szklanki zalewając wrzątkiem. Całkiem niezła była taka „plujka” – zwłaszcza w okolicznościach turystyczno-rozrywkowych. Herbata dominowała w repertuarze dostępnych i stosowanych napojów więc towarzyszyła nam cały dzień: od śniadania do kolacji. Jedynie obiad popijano często owocowym kompotem. Kawa nie była tu żadną konkurencją gdyż przez długi czas traktowano ją jako napój lekko luksusowy. Kawę podawano „dla gości” oraz w innych ważniejszych momentach życia. Kawa spospolitowała się w późniejszym okresie peerelu. Może nawet dopiero wraz z nadejściem ery wód sodowych i syfonów?

        W pewnym okresie modnie było mieć samowar. Można przypuszczać, że to efekt propagandy i lansowania przyjaźni polsko-radzieckiej? Kto wie? Jednak samowary napływały do nas zza wschodniej granicy w ramach przyjaźni handlowej chyba nie bardzo legalnej, ale co tam! 
 
Samowary były i są bardzo dekoracyjne. 

Ten, tu u mnie, zachował dziewictwo do dziś i służy jedynie do czyszczenia go, aby błyszczał ładnie i przypominał minione czasy. Może, patrząc na obecne herbaciane obyczaje z tęsknotą wypatruje szklanych szklanek ze spodkami, których u mnie nie uświadczysz! Filiżanek dostatek, a szklanki, nawet takiej „na miarkę” do kulinarnych przepisów – ani jednej!

Tradycja ginie! 







29 komentarzy:

  1. Ten samowar to aż prosi się, żeby go rozdziewiczyć. W całej "Złotej Epoce Gierka" samowary były i w modzie, i bardzo praktyczne na turystycznych eskapadach. Nam niestety podobny ukradziono na campingu. Szkoda, bo herbata z niego była fantastyczna. Świetnie nadawał się też do wytwarzania napojów wyskokowych, ale to już inna bajka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele razy myślałam o uruchomieniu samowara ale jakoś nigdy nie było okazji do tego. Chyba trzeba urządzić specjalne, samowarowe przyjęcie.
      Ale tylko herbaciane! Bimber w samowarze? Toż to profanacja!

      Usuń
    2. Myślę, że kawę też by się dało w tym zaparzyć. No i chyba nie muszą to być specjalne przyjęcia, bo wystarczą np. imieniny, lub tp.

      Usuń
    3. To służy właściwie tylko do zagotowania wody. Mały czajniczek z esencją stawia się na "głowie" samowara i dozuje do szklanek lub filiżanek uzupełniając wrzątkiem z brzucha samowarowego. Można więc i kawę w podobny sposób przyrządzić, jak sadzę. Tylko, że łatwiej i szybciej zagotować wodę po prostu w czajniku...

      Usuń
  2. No właśnie cała tajemnica super naparów mieści się w tym "czajniczku na głowie". Większość gatunków kaw i herbat lubi kilkuminutowe zaparzanie, efekt zresztą jest wyraźnie wyczuwalny. Ja np. uwielbiam przed zaparzeniem kawy podgrzać suchą jeszcze porcję pod przykryciem. Warto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooooo... tego nie wiedziałam, że trzeba podgrzać suchą kawę....

      Usuń
  3. Po przeczytaniu tego fragmentu...
    ...sypano „herbaciane piórka” wprost do szklanki zalewając wrzątkiem. Całkiem niezła była taka „plujka” – zwłaszcza w okolicznościach turystyczno-rozrywkowych. Herbata dominowała w repertuarze dostępnych i stosowanych napojów więc towarzyszyła nam cały dzień: od śniadania do kolacji.
    Naszło mnie wspomnienie wspaniałego inaczej aromatu i smaku herbaty "Popularna". To dopiero był rarytas, do którego termin plujka pasował nadzwyczajnie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Czesława! Dobrze, że przypomniałeś o tej wyjątkowej herbacie Popularnej - była wspaniała inaczej, to prawda. Jak widzisz wydobyłam z pamięci tylko dobre smaki herbaciane jak i zresztą pozostałe wspomnienia na tym blogu są raczej pozytywne.
      Ale co prawda, to prawda: Popularna była paskudna, a pfe!

      Usuń
  4. Herbata "Ulung" była najtańsza i nie była to herbata zielona. Wyższą klasę reprezentowała "Madras" i szczególnie poszukiwana z uwagi na zbliżoną cenę "Yunan". U mnie w domu bywało, że drugi a może i trzeci raz zalewało się esencję w czajniczku. Dopiero studenci sprowadzili obyczaj parzenia herbaty bezpośrednio w szklankach...
    Herbata była w PRL znacznie tańsza od kawy i bardzo mnie zdziwiło, gdy zauważyłem w sąsiednich krajach odmienne cenowe relacje, choć np. w NRD nie w każdej kawiarni była herbata, a co do kawy - nie pomnę, czy gorsza była tam, czy w ZSRR. Całkiem zaś byłem zbulwersowany płacąc na Zachodzie za filiżankę herbaty równowartość pół litra gorzały w PEWEXie.
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale mnie uzupełniasz, Allensteiner. Ulung pamiętam jako coś paskudnego i ziemistego w smaku. Podobny smak mają obecne herbaty zielone/ podkreślam "podobny"/ i tak powstało moje podejrzenie o domieszki herbat zielonych w Ulungu.
      Peerelowska Yunan była bardzo dobra - tęsknię za tym smakiem bo teraźniejsza Yunan jest całkiem inna.
      Racja co do cen kawy - z tego też względu była napojem jak piszę w tekście "nieco ekskluzywnym" i serwowanym "od święta".
      Herbata była tania, dostępna i pewnie dlatego dominowała w piciospisie codziennym.

      Usuń
  5. W opisie herbacianego savoir-vivru wyczuwam sarkazm
    a odnośnie samowarów -służyły jako dekoracja albo urządzenie do parzenia herbaty dla tych o wysublimowanych smakach - nie dorabiałabym ideologii
    moda na coś była i jest to zwykłe zjawisko społeczne
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, nie wiem dlaczego wyczułaś sarkazm w opisie savoir-vivru? Nie było to moim zamiarem - widocznie zbyt nieudolnie piszę. Nie dorabiam też ideologii do samowarów. Zauważam jedynie prawdopodobny związek z propagowaniem przyjaźni polsko-radzieckiej. Stawiam też znak zapytania w tym zdaniu co znaczy, że poddaję tę myśl do rozstrzygnięcia czytelnikowi. Nie jest to zdanie twierdzące.
      Przedstawiam jeden konkretny /na zdjęciu/ samowar jako element dekoracyjny. Nie uogólniam tego na wszystkie samowary.
      Oczywiście, że mody na różne przedmioty zawsze były, są i będą. Nie ma w tym nic złego ani śmiesznego.
      ps usuwam jeden z Twoich komentarzy bo ukazały się podwójnie, oba o identycznej treści.

      Usuń
  6. Czytałem gdzieś, że samowar to sztuka gotowania wiadra wody by wypić szklankę herbaty. Ale czymże innym jest rozpalanie pod kuchnią, by zagotować czajnik? Co kraj, to obyczaj. A co do herbacianej elegancji? W szklance czy w filiżance? Pół wieku temu zapewne nie było z kim pogadać, czy whisky pić z wodą, lodem, colą, czy solo. Jakie czasy - takie tematy...
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy bardziej eleganckie jest podanie herbaty w szklance czy w filiżance. Nie stawiam takiej oceny w tekście. Stwierdzam po prostu, że szklanek nie mam. Przyszła teraz moda na filiżanki i tyle.
      Pół wieku temu whisky była znana chyba tylko z literatury, Mało kto zetknął się z tym osobiście więc i dyskusje jak i z czym pić była bezprzedmiotowa. Prawda?

      Usuń
  7. :)
    chociaż Japonia to nie moje klimaty to ceremonia picia herbaty mi się podoba -kojarzy mi się z wyciszeniem ,równowagą

    a sposób zaparzania jest wprost proporcjonalny do walorów smakowych :)jednak
    ale zaiste czy jest to temat do rozważań?:)
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, nigdy nie uczestniczyłam osobiście w ceremonii picia herbaty w Japonii więc nie mam zdania na ten temat. Pięknie to wygląda, fakt.

      Nie ma obowiązku rozważania sposobów parzenia herbat. Nawet tego nie proponuję.

      Usuń
  8. Bimbru z samowara nie piłem, acz podobno byli specjaliści. Herbaty też nie pomnę czy z tego urządzenia piłem. A taką parzoną w czajniczku to i owszem.

    Były, Bet, niestety takie czasy, że filiżanek było i mało i drogie. A szklanki nie tylko do herbaty służyły. W warunkach, nazwijmy to polowych, internatowych, akademikach spełniały szczególną funkcję.

    Pamiętam, że gdy po wojnie do kraju wróciliśmy jakieś resztki z dawnego domu (bo domu nie było), ludzie pooddawali. Czy filiżanki się zachowały, tego nie utrwaliłem w pamięci, mimo już wieku odpowiedniego.
    Picie herbaty stało się tak powszechne, że dawne przyjęcia herbatkowe z wypiekami zanikały.

    Allanstiner, o "ulungu" wspomniał i jego paskudnych "walorach". Otóż ten szczególny gatunek herbaty nazywano "Łupieżem Breżniewa". Jakaś racja w tym była. Była ta "herbata" wyjątkowo podła i w wyglądzie i smaku.

    Teraz mamy gatunków, rodzajów mnóstwo, ja po wielu eksperymentach, pozostałem przy czarnej liściastej: Yunan, Chińskiej, czasem Madrasie. Mocnej, parzonej w tygielku na jedną małą filiżankę. Właśnie po takim piciu jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Honiewicz, przypomniałeś o tym, że rytualne picie herbaty było zwyczajem na salonach arystokracji, a jakże! Jak to się ma do powszechnego picia herbaty przez lud pracujący i klasę robotniczą w PRL? Chichot historii?
      Filiżanki nie były modne - jeśli już bywały w użyciu to raczej do picia kawy i to dla "elegantów" :)))
      Szklanka była naczyniem prostym i wielofunkcyjnym bo i "na zimne i na gorące" napoje się nadawała.
      Wyszły z mody i z użycia. Takie życie!
      Herbatę uwielbiam, parzoną w czajniczku na świeżo. Nawet zieloną już polubiłam:)))

      Usuń
  9. Co do bimbru, to komuś się to pochrzanił samowar z szybkowarem
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, komu się to pochrzaniło i po jakiej porcji tego wspomnianego bimbru:)))

      Usuń
    2. Bet, ma rację allastiner. Zapytałem biegłego w "temacie". Potwierdził, że w samowarze można sobie, co najwyżej kompot ugotować. Ale już w szybkowarze, to tak.

      Natomiast w "temacie" herbaty, o czym wyżej, to w rzeczy samej, pijano ją w filiżankach o określonej porze i odpowiednim towarzystwie.
      Ludowa władza zadbała, żeby wspomnień było jak najmniej, więc produkowano, w dobrej cenie,szklanki i szklaneczki, w których przyszło nam siorbać herbatki "cienkie", w kolorze słomkowym. Z powodu oszczędności w wydatkach.
      Przy okazji szklaneczek, przypomniał;em sobie, że po tzw odwilży, `57 otwarto pierwszą prywatną kawiarnię. Z dobrą kawą, ale nie podawaną w filiżankach, ale w szklankach. Mimo że właściciel z ludu nie pochodził. Były małe i duże. Mała kosztowała 4,50 zł, a duża........ nie pamiętam.
      No i w tej kawiarence można było parówki cielęce zjeść. Po kolacji w domu, na parówki robiło się wypad na pychawe paróweczki z musztardą i małą bułeczką.
      Byli to czasy!!!

      Usuń
    3. Z szybkowarem było znacznie więcej kłopotu (bo trzeba było mieć gaz, albo prąd) dlatego do 1980 r. większe powodzenie miał samowar. Wystarczyło tylko kranik przenieść pod samą górę, a potem samowar nad rzekę, do kranika rurkę z chłodnicą i z drugiej strony "odbiór". Wtedy faktycznie mogło się pochrzanić, ale w czerepie.
      Za szybkowar w domu odpowiadał właściciel, a nad rzeką, w razie czego, nikt się do samowara nie przyznawał.

      Usuń
    4. O mało co bym zapomniał. Niektórzy gotowali zacier w bańkach po mleku i przepychali to przez odłączony kaloryfer, ale to już było na skalę przemysłową.

      Usuń
    5. Matko jedyna, Andrzeju Rawiczu! Zamkną mi ten blog za takie bimberskie przepisy! Prawdziwy ekspert z Ciebie:)))
      Samowar nad rzeką? Nigdy nie widziałam. Nawet "Śniadanie na trawie" bez samowara się obyło.

      Usuń
    6. Honiewicz, w sprawie szklanek to jednak skłaniam się do tezy "odgapiania" od wschodnich sąsiadów. Wszak tam "stakany" popularne jak nigdzie i herbata tylko tak pita była... Chyba nawet do dziś moda na szklanki panuje na terenie byłego ZSRR.
      Może nawet nie tylko o kopiowanie mody chodziło ale o element rusyfikacji? Może zbyt daleko wybiegam w przypuszczeniach, ale tak mi to trochę "pachnie"...

      Usuń
    7. Myślę, że jak najbardziej trzymamy się tematu. Przecież herbatę pija się także z prądem. A najszybsza zaprawa do wódki to ... także esencja herbaciana.

      Usuń
    8. Tak,tak, tematu się trzymamy a nawet rozwijamy wątki towarzyszące:))
      Jednym słowem: herbata to hit peerelu, dobra na wszystko!

      Usuń
  10. Witaj Beatko :)
    Na hasło HERBATA mam jedno wspomnienie z czasów PRL-u :) GRUZIŃSKA !! Nie wiem czy piłam w swoim życiu coś bardziej paskudnego. Zielone toto było, w smaku wstrętne. Chyba dobry gatunek siana byłby bardziej smakowity po zalaniu wrzątkiem :) Madras czy Ulung przy Gruzińskiej to była wyższa półka. Przynajmniej dla mnie. I pomyśleć, że ja w ramach ćwiczeń z analizy sensorycznej musiałam degustować Gruzińską z innymi gatunkami herbat. Najbardziej czekaliśmy na ćwiczenia, na których mieliśmy degustować
    inne smakowite napoje. Mieliśmy nadzieję na degustacje alkoholi. Przecież nie można być dobrym towaroznawcą bez degustacji tychże napojów. Nic z tego. Ćwiczenia odwołano, bo podobno asystenci dokonali degustacji przed nami :)
    Elżbietka53

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elżbietko, wreszcie Cię zwabiłam! Nie wiedziałam, że herbata też na Ciebie działa:)))
      No, tak Gruzińska była paskudna. Ale taka Madras, w czerwonych paczuszkach to już całkiem całkiem... Zresztą, w wesołych akademikowych lub rajdowych okolicznościach wszystko dało się wypić!
      Asystentów mieliście przebiegłych, nie ma co:)))

      Usuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.