środa, 14 czerwca 2017

Strażnik szkolnej bramy – Pierwszy po… Dyrektorze



Kto to taki? Woźny vel Tercjan. Tej drugiej nazwy używano w zamierzchłych czasach mojej bardzo wczesnej podstawówki. Już wtedy chyba był to anachronizm, który niebawem zanikł.

foto własne, Bet
Przez większą część szkolnych lat towarzyszył nam więc Pan Woźny, rzadziej Pani Woźna, a niekiedy oboje naraz. Było to bardzo praktyczne bowiem niektóre obowiązki Woźnego wymagały męskiej siły: Palenie w piecach, wynoszenie popiołu, odkuwanie lodu na chodniku, przenoszenie mebli i wykonywanie drobnych napraw. Pani Woźna ślicznie i skutecznie sprzątała, pucowała okna i tablice, uprawiała szkolny ogródek. Tak przynajmniej było w mojej podstawowej szkole. Państwo Woźni byli małżeństwem i mieszkali w budynku szkoły, której strzegli z racji tego, w dzień i w nocy.

Woźny – Pierwszy po Dyrektorze. Dlaczego tak ważna to persona? A kto miał prawo regulować szkolny zegar i wymachując wielkim, ciężkim dzwonkiem lub wciskając elektryczny pstryk ogłaszał koniec lekcji?  Kto za pomocą tych prostych czynności  skracał uczniowskie udręki i sprawiał, że najbardziej srogi nawet Nauczyciel musiał z trzaskiem zamknąć dziennik, odłożyć wskaźnik, zaniechać odpytywania  i wypuścić dziatwę z klasy? O, nasz dawny wybawco, przyjacielu i wychowawco! Zasłużyłeś sobie na godne miejsce w mym blogowym pamiętniku.

Zbieram więc wspomnienia i nawijam je niczym dawny Woźny świeżo wyżętą ścierkę na swą miotłę. Brzęk, brzdęk, chlup, chlup… Tak słychać codzienną krzątaninę Woźnych. To  metalowe wiadro tak brzęczy i chlapie woda z wyciskanej ręcznie ścierki. Taka proza tego fachu. Za to co każde czterdzieści pięć minut nadchodzi moment okazania swojej mocy. Pstryk! I drrrrr!!!!! I już nie słychać brzęku wiader bo korytarze rozbrzmiewają dziecięcym wrzaskiem. Czasem wrzaśnie także Woźny! Czasem zamachnie się miotłą, tupnie nogą i pociągnie urwisa za ucho. Tak, tak! Bywało, bo jakże inaczej upilnować porządku? Woźny bywał groźny. Co innego taka Pani Woźna… Jak mama łagodna, ocierająca dziecięce łzy, pomocna w opatrywaniu podrapanych kolan i wiązaniu sznurowadeł.

Foto z net http://www.spodlady.com/prod_1076_Buty_woznej.html
Słyszałam, że w niektórych szkołach, panie woźne strojne w nylonowe fartuchy w groszki i obowiązkowe /BHP!/ obuwie zdrowotne pilnowały szatni. W wolnych chwilach dziergały tam szaliki na drutach, i były żywym monitoringiem szkolnych korytarzy i podwórek.

Woźni często pracowali ramię w ramię z Dyrektorem kontrolując wejście uczniów do budynku. Dyrektor wygłaszał obowiązkowe kwestie:

-  Tarcza jest?
-  Granatowy beret jest?
- Ooooo, chłopcze czas przyciąć włosy! Po lekcjach marsz do fryzjera!
- Spokój, nie przepychać się!

A srogi Woźny, niczym milicjant na skrzyżowaniu, kierował ruchem:

- Tędy nie wchodzić! Do szatni, do szatni! Zmieniać buty! Gdzie biegniesz ty łobuzie?

Nasi Woźni byli częścią szkolnej społeczności, ważnym ogniwem wychowawczym chociaż chyba nawet o tym nie wiedzieli. Byli szanowani przez nauczycieli, zapraszani na szkolne uroczystości, dostawali kwiaty na imieniny. Panie nauczycielki wpadały na herbatki, wymieniały zakupy, załatwiały drobne interesiki bo to taki czas był, że „załatwianie” musowe.

Ale, ale… W szkole był Pan i Pani Woźna, małżeństwo… A gdzie gromadka Woźniątek? Albo chociaż parka Woźniąt? Nie było! Żadnych „woźnych” dzieci w szkolnej służbie. Widocznie tak los chciał. Szkolna dziatwa była wstępnie szkolona w tym fachu pełniąc obowiązkowe dyżury w klasie. Dyżurny uczeń miał obowiązek sumiennie wycierać tablicę mokrą gąbką oraz zadbać o uzupełnienie czystej wody w kąciku czystości wyposażonym w emaliowaną na biało miednicę oraz dzbanek. Zestaw ten służył do obmywania kredowego pyłu z nauczycielskich, zacnych dłoni. Taki standard był!  

foto własne Bet
W Liceum wszystko miało inny, poważniejszy, wymiar. Woźny też. Już nie tylko zamiatał i odmierzał dzwonkiem szkolny czas, nie pomagał wiązać butów.  Woźny w moim Liceum prowadził interesy. Chłopakom po cichu sprzedawał pojedyncze papierosy, pożyczał zapomniany w pośpiechu,  obowiązkowy krawat, rozdawał szpilki i agrafki bo jak inaczej przypiąć i odpiąć po lekcjach „obciachową” szkolną tarczę? Pomocny był jak nikt i dlatego nazywany pieszczotliwie „Wujkiem”. Inny rodzaj interesów naszego „Wujka” to nielegalna /chyba/ działalność gospodarcza polegająca na sprzedaży obwarzanków zwanych bajglami. Była to ulubiona przekąska licealistów. Mało tego, przedsiębiorczy „Wujek”  wraz z żoną zorganizowali archaiczny rodzaj małej gastronomi. W prywatnej kuchni służbowego mieszkania /przy wejściu głównym do budynku, naturalnie jak na strażnika szkoły przystało/ można było kupić niezwykle smakowite kanapki: Bułka przełożona plastrami serwolatki i drobno siekaną sałatką jarzynową z majonezem. Ach, jak to smakowało! Hit żywieniowy nastolatków w tej szkole. Bez zaświadczeń, badań sanepidu, dezynfekcji rąk i sprzętu i oto nikt nie dostał nawet bólu brzucha. Wcinaliśmy, aż się uszy trzęsły, kolejka do upragnionego specjału była długa i nie każdy dostąpił szczęścia zakupu. Kontroli skarbowej też nie było. Proceder naszych Woźnych kwitł latami.

Czy współczesne szkoły zatrudniają Woźnych? Wydaje się, że większość tych zacnych pracowników zastąpiły bezduszne kamery, domofony obsługiwane przez Portierów lub Ochroniarzy, a utrzymanie czystości zleca się zewnętrznym firmom czyścicielskim. Młode i elegancko ubrane w firmowe mundurki pracownice sprawnie operują zestawem mopów i ściereczek, psikają dezynfekującymi sprejami, w wolnych chwilach klikają w telefony, ale czy można im opowiedzieć o złamanym na wuefie paznokciu i czy pomogą odnaleźć zaginiony worek na pantofle? Ech…




55 komentarzy:

  1. Klik dobry:)
    Moja pani woźna z liceum także mieszkała w budynku szkolnym. Podczas matury w jej mieszkaniu mieścił się sztab ściągawkowy. Rozwiązywano u niej maturalne zadania z matematyki. Tylko nie pamiętam, jaką drogą zadania trafiały do pani woźnej, by potem wrócić - jako ściągawki - na salę gimnastyczną, na której odbywał się pisemny egzamin maturalny.

    Pozdrawiam serdeczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zadania wędrowały różnymi sposobami w zależności od konstrukcji budynku. Najczęściej wynosiły je mamusie przygotowujące kanapki. Mamusie dostawały zadania w formie "grypsu" od maturzystów udających się "do toalety". Czasem zadania dostarczali mamusiom nauczyciele pilnujący maturzystów.

      Usuń
    2. I póżniej w kanapkach na salę... A ja siedziałam na maturze z matmy w pierwszej ławie, tuż przed komisją...Strach mnie sparalizował i nie mogłam skorzystać...

      Usuń
    3. Tak, w kanapkach.
      Ja nigdy nie umiałam ściągać. Nawet nie próbowałam.Więcej było nerwów niż pożytku ze ściągawki.
      Ściągać trza umić, jak mawiał klasyk:))

      Usuń
  2. Buty wźnej są przesłodkie! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy słodkie,nie polizałam:))

      Usuń
  3. A wiesz że jestem woźną? O świcie myję podłogi, tablice i stoliki, pucuję toalety i dokładam papier, mydło i ręczniki, a kiedy już dzieci i nauczyciele są w szkole, wrzucam do szaf zostawione na korytarzu plecaki, zbieram zguby (telefony, piórniki) na przerwach opatruję skaleczone papierem paluszki i tamuję krew z rozdłubanego nosa i wysłuchuję nauczycielskich plotek a w wolnych chwilach co ciekawsze zdarzenia z pracy opisuję na blogu:))
    Woźna przychodzi do szkoły najwcześniej i najpóźniej z niej wychodzi a zarabia najmniej. Opisana przez Ciebie para z pewnością miała dzieci ale te dzieci już pewnie były dorosłe. Widziałaś kiedyś młodą woźną? Za taką marną pensję nie da się żyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiem, Klarko:)) Czytałam. No, dobra, przyznam się, że byłaś inspiracją tych moich wspomnień szkolnych.
      Miło, że jesteś tu jako żywy przedstawiciel współczesnej, dobrej Pani Woźnej.
      A młodą Woźną właśnie widzę jak ozdabia twój komentarz:))

      Usuń
  4. No to widzę, że co kraj to obyczaj. U mnie były dwie woźne (ciocie), pracowały na zmianę. Ogródka nie było, więc pracy też nie. Z tymi dzwonkami to było nieco inaczej, bo zakończenie lekcji wyznaczał nauczyciel, chodziło o zakończenie zadania, wykładu, tematu, albo wyznaczenia pracy domowej. I nikt się nie wychylał, bo - podobno - miało to być przygotowanie do zajęć na uczelni. To potem okazało się prawdą, bo na uczelni dzwonków już nie było. W szkole funkcjonowały bufety (uczniowski i zewnętrzny) i stołówka, więc woźne nie miały z wyżywieniem nic wspólnego. Czy obie woźne były szanowane? Chyba raczej bardziej lubiane o czym świadczyły smutne i kwaśne miny przy rozstaniu się ze szkołą. I chyba masz rację, woźny/woźna to taki dobry duszek szkolny, ale to doceniliśmy dopiero po ukończeniu liceum.

    Andrzej Rawicz (Anzai)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie masz rację, że lekcje kończył nauczyciel, ale nam się wydawało /chcieliśmy w to wierzyć/, że to dzwonek woźnego ma taką magiczną moc.
      Nasz Woźny też nie powinien mieć nic wspólnego z wyżywieniem. Jego działalność była "po cichu" ale jakoś przez Dyrektora tolerowana.
      Bufetów nie miałam - zjadaliśmy domowe kanapki albo obwarzanki. Bułka z sałatką od Wujka to był luksus i taka raczej fanaberia.
      Zresztą nie pamiętam aby głód i pragnienie dokuczały mi podczas pobytu w szkole. Jakoś nie było zwyczaju jedzenia, podjadania, pogryzania i chrupania. Po lekcjach był obiad w domu.
      Woźny jako dobry duszek szkolny - bardzo trafne określenie.
      A może tylko my mieliśmy szczęście do takich dobrych?

      Usuń
    2. To prawda. Na jedzenie nie było czasu, bo przerwa to przerwa na rozrabianie, a nie obżeranie się. W bufetach mieliśmy głównie jakieś słodkie ciastka, słodycze i materiały szkolne (wkłady długopisowe, ołówki, zeszyty). No i była przymusowa szklanka mleka, ja miałem "chody" u kucharki więc dostawałem mleko z ulubionym grubym kożuchem.

      Usuń
    3. Może nie tyle brak czasu co brak nawyku bezustannego przeżuwania i przegryzania.
      Taka szklanka mleka to było coś! Zauważ, że chodzi o "szklankę" a nie żaden kubek czy papierowy kartonik. To naczynie to też symbol czasu.

      Usuń
    4. Dopiero teraz, dzięki Tobie, skojarzyłem, że hasłem była "szklanka mleka", ale mleko dostawaliśmy w takich dużych fajansowych kubkach (kubanach) poszczerbionych na brzegach. Kolejne zakłamanie PRL? ☺

      Usuń
    5. Tak, to było jawne kłamstwo! Tym bardziej godne potępienia, że uprawiane w placówkach oświatowych. A tu wiadomo:"czym skorupka nasiąknie...". Tak to wyrosło z nas "skażone" pokolenie, choć na mleku wykarmione:))

      Usuń
  5. Hmmm, no byli ,byli a i pewnie teraz są... Jak Klarka np. I gdzieś na wsiach w małych szkołah..
    Ja swoich wożnych nie pamiętam bo huśtawka przerowadzkowo - szkolna jakoś mi nie pozwoliła zapmiętać tych aniołów szkolnych..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Reniu, woźnych nie pamiętasz? Toż to nieodzowny element dawnej szkoły. Obecnie już nie tak oczywisty.

      Usuń
  6. Osobiście nie pamiętam żadnego wożnego. Nawet z podstawówki. Natomiast pamiętam dobrze dyżury dyżurnych...bo lubiłam... Bo ja generalnie lubiłam chyba spokój od zawsze :-). Zostawałam sobie w klasie, robiłam co do mnie należało i mogłam swobodnie....nakraść kredy. Tak, tak. Kreda była mi bardzo potrzebna nie tylko do "kryklania" po asfalcie, ale też jadłam ją namiętnie...Acha, i tu przypomniał mi się motyw z Wożną! Początek następnej lekcji: >kto dzis dyzyrnym jest? a, Piotrowska! Marsz po kredę do woznej!<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubiłam dyżury. Taka czułam się ważna, odpowiedzialna i bardzo starałam się aby miednica była czysta:))
      W mojej szkole kredę udzielała sekretarka w kancelarii.
      Uwielbiałam pisanie kredą na tablicy i na asfalcie. Płyty chodnikowe nie nadawały się bo zbyt porowate powierzchnie miały.
      Jedzenie kredy wskazywało na niedobór wapnia w dziecięcym ciałku.
      Dyżurni byli oznakowani jakąś plakietką, z napisem : "Dyżurny".

      Usuń
    2. Ja pamietam taka "obraczke" na rekaw fartuszka. A jadlam rowniez sciany, drobny wegiel z weglarki, a moja siostra karmila mnie ziemia z pomiedzy kartofli (bo chcialam podobno)... Smak na krede odezwal sie po latach gdy bylam w ciazy...

      Usuń
    3. Brak wapnia odzywa się też w ciąży - książkowy przykład.
      Bardzo ciekawe menu miałaś:)) Ale skoro wyrosła na tym tak utalentowana osoba to może jest to jakiś "przepis na sukces"?

      Usuń
  7. Kompletnie nie pamiętam woźnych w szkole podstawowej. Pewnie dlatego że w trzech byłem. I w różnych miastach. Przenosiny więc jakoś zatarły tamten czas.Dzwonki pamiętam. Zawsze duże i głośne, gdy korytarzem blisko klasy przechodził. Oddalający się dźwięk, gdy szedł dalej. Te ręczne.

    Za to ze średniej tak. Cudowny człowiek. Przedwojenny jeszcze woźny. Z wielkim autorytetem wśród uczniów i nauczycieli. Z tego też powodu nie robiliśmy żadnych mu psikusów. Co w wielu szkołach było normą.
    Pożegnałem Go, gdy zmarł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, psikusy woźnych rzadko oszczędzały. Obecnie psikusy, w tym żartobliwym i niegroźnym sensie, wyszły ze szkolnej mody. Młodzież ma pod dostatkiem innych rozrywek i chowanie miotły albo przestawianie wiader ich nie bawi.
      Woźny z autorytetem! To brzmi dumnie i jest godne pamięci.

      Usuń
    2. Może teraz wożnych hejtują na szajsbuku?

      Usuń
    3. Hi,hi, może i tak. Tak sobie teraz pomyślałam o tych szkolnych psikusach. Może i to warto by było powspominać?

      Usuń
    4. Pewnie, że warto.

      Psikus nr 1. Włożenie do cyrkla przełamanej kredy w taki sposób, żeby kreda wypadła pani nauczycielce podczas rysowania okręgu na tablicy.
      O, właśnie! To też należało do obowiązków dyżurnych. Przynoszenie wielkiego drewnianego cyrkla i wkładanie do niego kredy.

      Usuń
    5. Nie tylko cyrkiel, dyżurny taszczył też ogromne mapy i inne pomoce naukowe.
      Psikusowy temat zaczyna mnie "pukać":)))

      Usuń
    6. A były też "pukane" psikusy. Pukało się w drzwi kancelarii albo pokoju nauczycielskiego i uciekało.

      Usuń
    7. Globus też taszczyli dużurni. Jeśli się dało, to głobus wyjmowało się ze stojaka i mocowało do góry biegunem południowym.

      Usuń
    8. A szkieletowi w pracowni biologicznej ręce zamieniało się z nogami.

      Usuń
    9. Oho, ho! Toż to eksplozja psikusów:)))
      Niezła łobuzica z Ciebie:))

      Usuń
    10. A w szatni wiązało się rękawy z jednych kurtek do drugich. To robiły dziewczynki chłopcom, jeśli udało się zrobić nalot na męską szatnię.

      Usuń
    11. O, Matko że też mnie takie atrakcje ominęły... Nie wiązałam nic chłopakom. Taka ciamajda ze mnie była.

      Usuń
    12. W mojej szkole prawie na wszystkich mapach Europy wyraz "London" miał przerobione L na K ... ;)

      Usuń
    13. Nonie! Aż tak? Co za młodzież:))))

      Usuń
    14. @al Ella
      "Męska szatnia"? To takie były? My przebieraliśmy się w jednym boksie, ale co to za przebieranie, wymiana obuwia i zdejmowanie kurtek. Niestety zdarzały się kradzieże.

      Usuń
    15. Też mnie zdziwiła męska szatnia - takie były tylko przy sali wf.
      Może to miała na myśli alElla.

      Usuń
    16. Kurtki w szatniach przy sali wf? Podejrzewam, że alElla chodziła do klasy żeńskiej, dlatego musiały się zakradać do szatni chłopaków.

      Usuń
    17. Zarówno w mojej szkole podstawowej, jak i w liceum szatnie były oddzielne dla chłopców i dziewcząt. Dodatkowo jeszcze były podzielone na boksy dla każdej klasy. Każdy boks zamknięty na klucz. Nie lada wyczynem więc było dostać się do cudzego boksu.

      Usuń
    18. Boksy dla klasy - tak. Rozdzielnopłciowości w szatni nie doświadczyłam. Ciekawe co tam wyprawialiście skoro trzeba było segregacji płciowej:))

      Usuń
  8. Ło matko jedyna!! Co tu się dzieje się! A ja śpię.. A viva Bet-Beatko!!!Patrzę i czuję..czuję i patrzę..Wnioski? Proszę bardzo!:Bet,jesteś uroczą kobietką nawet z tym mopem,chłe,chłe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Waszku, mop zawsze dodaje uroku kobiecie, zgadzam się i dlatego nie stronię od tego przyrządu:))
      Zauważ, że w tym tekście występują też Panowie z mopami i wiadrami.

      Usuń
  9. Ja pamiętam panie woźne, pojedynczo, bez mężów. I nosiły takie granatowe fartuchy z rękawami. Bardzo nietwarzowe. Pamiętam panie woźne, jak sprawdzały tarcze w drzwiach, razem z nauczycielem. I jak sprzątały szczotką na kiju. Czasem na szczotce była nawinięta mokra szmata. Tak sobie teraz myśle, że mam mało wspomnień związanych z woźnymi, a przecież naprawdę były ważne w szkolnym życiu. Nie wiem, może za grzeczna byłam to i za bardzo na mnie nie zwracały uwagi. Nie to co alElla, psotnica

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uczennice też miały granatowe fartuchy:)) Ten kolor kojarzył się ze szkoła przez długie lata. Wtedy myślałam, że w dorosłym życiu nie założę nic granatowego. Tak też było - dopiero teraz zaczynam ten kolor doceniać.
      Tak, ja też byłam z tych "grzecznych" i nie znam aż tylu psikusów co alElla:))

      Usuń
    2. Koleżanki, skoro nie znacie psikusów, to znaczy, że wszystkie dzieci w Waszej szkole były grzeczne. Po psikusach przeprowadzano śledztwo, więc niewinni też o nich wiedzieli.

      Usuń
    3. Nie, to chyba zanik pamięci lub zjawisko "wyparcia":)) Niemożliwe abyśmy wzrastały wśród Aniołów.
      Pamiętam wystrzeliwanie z rurek /puste obsadki długopisów/ oślinionych papierowych kulek. To był prawdziwie obrzydliwy proceder.

      Usuń
    4. Do tego służył także ryż preparowany.

      Usuń
    5. Tak, ryżem też strzelali. Chłopcy mieli też "proce" - kolejne strzelające urządzenie. Czasem pociskami były drobne elementy metalowe i to stawało się już bardzo niebezpieczną zabawą.
      Dlatego proca była zakazana w szkole.

      Usuń
    6. To nie były proce tylko gumka zawiązana na dwóch palcach, bo w razie wpadki można było szybko ją odrzucić. Metalowymi "sztyftami" rzadko strzelało się, bo to było niebezpieczne, ale twardo zwinięty papierek też był bolesny. Najbardziej niebezpieczna była żyletka ("mośka, albo mojka")wyrzucana takim pstryknięciem z palca. Ale tym ścinaliśmy tylko liście paprotki i trzykrotki. To było super, gdy nagle metrowa gałąź trzykrotki z niewiadomych przyczyn spadała na podłogę a obok nikogo nie było.

      Usuń
    7. No proszę, odezwał się specjalista od strzelania:))
      Ale cenne jest, że młodzież umiała ocenić niebezpieczeństwo i celować w trzykrotki zamiast w kolegę lub /o zgrozo!/ nauczyciela. Chociaż roślin też żal.

      Usuń
  10. Moje tarcze nie dotrwały całe, bo zabiło i porozrywało je to podszywanie i rozpinanie. Dyro sprawdzał, by nie było na agrafce. U mnie w szatni wiązało się cudze buty, więc znalezienie swoich wymagało czasu. Dziewczyno, przypomniałaś taki "szczęsny" czas, że wzdycham głęboko.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jak miło znów usłyszeć: "Dziewczyno":)) Pasuje do tego "szczęsnego czasu".
      Nie mam wspomnień z szatni! To straszne...

      Usuń
    2. Tam na przerwach opowiadałyśmy sobie tajemnice, wśród trampek jadło się kanapki, pisałyśmy liściki, a nawet odpisywałam zadania z matmy. Zacisze bez podglądu. Obecnie nie jest to możliwe, wszędzie kamery.
      Serdecznie pozdrawiam

      Usuń
    3. Kamery są bezlitosne i chyba... Głupie. Młodzież doskonale zna miejsca, których ich zasięg nie obejmuje. Ponadto ja jest zwolennikiem stosowania wychowywania zamiast monitorowania. Ale kto dziś takich dinozaurów słucha.

      Usuń
  11. CZUWAJ Druhny, Druhowie i Cywile !
    Mimo, że nie pisuje, to z przyjemnością czytuję Blogi Bety, aElly i Maliny.
    Naprawdę te blogi działają na mnie. Nie tylko mnie uspakajają ale również często przy ich czytaniu uśmiecham się do Was.
    To było tak nie dawno a jednak też bardzo dawno temu.
    Ponieważ miałem studia ekonomiczne i byłem zaliczony do nomenklatury co roku w lipcu organizowałem jako Kwatermistrz duże (ponad stu osobowe ) obozy harcerskie dla dzieci wiejskich.
    Podobno żyliśmy w kraju "okupowanym". Nie pamiętam by w tym okresie zdarzały się bandyckie awantury wśród dzeciakóws.
    Wisłocka i Starewicz nie posiadają takiej wiedzy i doświadczenia seksualnego jakie posiadają dzisiejsze piętnastolatki.
    Zdaję sobie sprawę z tego, że winę za ten stan obciąża "nowoczesność w domu i w zagrodzie".
    Nie spotkałem się również z jakąś reakcją środowisk naukowych i oświatowych by te tendencje zdiagnozować i spróbować je zminimalizować.

    NASTROJÓW WIOSENNYCH
    Nie masz nic milszego ponad
    Ciągnący żeński pensjonat.
    Sunie sznurkiem przez plantacje,
    W ciszy, z wolna, uroczyście –
    Zielono, pachną akacje,
    Słońce gzi się poprzez liście- – –
    Ciągnie podwójny sznureczek
    Takich przemiłych owieczek.
    Cieplutko, wiosna, południe,
    Ławeczka, próżniactwo boskie,
    Myśli rozigrane cudnie
    W jakieś koziołki szelmoskie – –
    Idą: duża, mniejsza, mała,
    Kobiecości gama cała.
    Ptaszek ćwierka gdzieś tam z góry
    Swoich liryk „pierwszą serię”,
    Zapoznanych serc tortury
    I celibatu mizerie – –
    Pod kapotką granatową
    Rysuje się to i owo.

    Wiecie ?
    Kiedy zmarł nasz Pan Woźny to większość z nas przyjechał na Jego pogrzeb. Nawet udało nam się przejść konduktem przez prawie całe miasto z Kościoła na Cmentarz.
    Grały dwie orkiestry: strażacka i wojskowe. Brało udział dwóch Biskupów, brało w nim udział kilkudziesięciu Księży, bardzo duża grupa wyższych oficerów, bardzo duża grupa przywódców administracyjnych i partyjnych .................Czuliśmy się się na klapsydrze podpisaliśmy się jako Jego wychowankowie.
    CZUWAJ Mirek

    Skauting Baden Powella obciążany był "grzechem pierworodnym" .
    Pan Generał wykorzystywał ich jako zwiadowców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuwaj Druhu Mirku! Miło widzieć cię na posterunku:))
      Wiesz, ja się też uśmiecham gdy widzę Twoją tu obecność.
      Piękne wspomnienie o Panu Woźnym. Tak, to był bez wątpienia Wasz Wychowawca choć bez dyplomów i kwalifikacji zapewne.
      Spokojnego wieczoru z uśmiechem:)

      Usuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.