sobota, 1 lipca 2017

Jedyna taka!



Najlepsza pod słońcem, kolorowa i słodka, musująca gazem i podobno niezdrowa, ale za to przepyszna O R A N Ż A D A. Parafrazując  klasyka, mistrza nad mistrzami, Czesława Niemena: Kolorowa słodycz  w szkle. 

Kolory były właściwie tylko dwa: różowy i żółty. Smak słabo zróżnicowany za to opakowanie całkowicie jednolite! Szklane butelki zamykane na druciany zatrzask z czubkiem zabezpieczonym gumową uszczelką. Ani jeden bąbelek orzeźwiającego gazu nie uciekł, żadna kropla drogocennego napoju nie wypłynęła. Jak one pięknie brzęczały w skrzynkach z ocynkowanego drutu! Ten dźwięk wywoływał uczucie pragnienia i powodował dziecięce wołanie: mamo, kup mi oranżadę, kup mi!  Niektóre mamy bywały okrutne ograniczając pojenie dziecka tym specjałem obawiając się zawartości sztucznych barwników i tego wzdymającego gazu. No cóż, mamy miały swoje racje, dziecięce smaki nie zawsze się z tym zgadzały. O, nie! Oranżada była pyszna i już.

klik w butelkę
Mamy doceniały jednak praktyczne butelki po oranżadzie, które gromadziły w spiżarniach i piwnicach napełniając je wielokrotnie domowymi sokami, a nawet utartymi ogórkami na zupę ogórkową lub  przetworzonym szczawiem na szczawiową. Czasem buzował w nich podpiwek. Nalewano do nich nawet zwykłą herbatę lub kompoty i stanowiły wtedy wyposażenie piknikowych koszyków i wycieczkowych plecaczków. Pewna pomysłowa blogerka napełniała swoją butelkę napojem bardziej wyskokowym. O, tak jak na tym zdjęciu „podkradzionym” z sąsiedniego bloga.  

Tak więc oranżadowe butelki na zatrzaski były bardzo cenne a ich wykorzystywanie to  taka starodawna ekologia domowa.
W mojej piwnicy zachowały się dwie butelki o opisywanej konstrukcji lecz napełnione były piwem. Podobno dość dobrym. Wiek butelek obrazuje chyba dość dobrze spowijający je kurz. Jest to już „dziejowy kurz” więc go nie wycieram. Niech trwa. 

Kolejnym hitem i obiektem pożądania dziecięcych smaków była oranżada w proszku. Podobnie szykanowana przez Rodzicielki z powodu zawartości szkodliwej dla brzuchów sody i tych „wstrętnych”  chemicznych barwników. Trzeba było więc spożywać ją ukradkiem co znacznie podnosiło atrakcyjność produktu. Wiadomo, zakazany owoc lepiej smakuje.

Oranżada w płynie królowała na uroczystych stołach imieninowych, weselnych oraz zwyczajnych konferencyjnych i biurowych. Ustawiano ją w karnych szeregach pośrodku, bez zbytniej dbałości o odpowiednio niską temperaturę. Kto by się tym przejmował skoro i tak nosiła dumną nazwę napoju chłodzącego.

O, królowo polskich napojów bezalkoholowych! Po latach niebytu powracasz do łask. Nasze podniebienia nasycone i znudzone importowanymi wynalazkami pełnymi chemicznych aromatów coraz chętniej łakną rodzimej oranżady. Nostalgia to czy patriotyzm? 

Współczesna oranżada zyskała atrakcyjne kolorowe opakowanie nie zawsze szklane ale zawsze ładne. Smakuje… Hmmm… Podobnie jak dawniej, ale jednak to nie jest smak sprzed lat. 

Ale niech tam, pijmy oranżadę, dobra bo polska!   



72 komentarze:

  1. Klik dobry:)
    Zastanawiam się, dlaczego egzekutywa zatwierdziła samą oranżadę bez napoju, który oranżadą się zapijało.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Egzekutywa liczy na zawartość "podkradzionej" butelki:))
      Ale to racja, oranżada jako "zapitka" to jej kolejna, ważna funkcja. Zwłaszcza na egzekutywach, jak sądzę.

      Usuń
  2. A owocowy napój gazowany w butelkach "Ptyś" i oranżada w foliowych woreczkach? Kiedy to było?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ptysia nie pamiętam wcale. Ja jednak jestem głęboko "do tyłu" z napojami bo moi rodzice byli bardzo restrykcyjni i nie uznawali kupnych napitków dla dzieci. Właściwie to nie wiem czym mnie poili...
      Napój w woreczkach był wakacyjnym hitem pod koniec lat sześćdziesiątych. Zachwycałam się tym produktem podczas obozowych wędrówek po Pieninach. Można było się napić bo rodzice nie widzieli:)
      Ta ciecz w woreczkach to była jakaś zabarwiona i aromatyzowana woda bez gazu. Najważniejszym w tym napoju był właśnie woreczek i słomka, którą przekłuć należało woreczek i wyssać napój.
      Ja to tak pamiętam.

      Usuń
  3. A na to piwo z butelek w Twojej piwnicy to się kręciło loki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie na takim piwie! Coś, ty. Na loki wystarczyło zwykłe jasne.
      Moja znajoma fryzjerka do dziś używa piwa w celu zakręcania włosów.

      Usuń
    2. To sądzicie, szanowne damy, że włosy opatrzone piwem są przyjemne w dotyku?
      allensteiner

      Usuń
    3. Chyba nie mniej niż tapirowane i lakierowane na sztywno misterne koafiury osłaniane na noc "gustownymi" siateczkami:)))
      Piwo miało jakiś tam wpływ zdrowotny na włosy. Chyba ze względu ma zawartość witaminy B? No, nie wiem, ale znajoma fryzjerka głosiła taką teorię.

      Usuń
    4. Oczywiście, że przyjemne, Allensteinerze.
      Piwo zapewnia dobrą kondycję włosów oraz niezwykły blask oraz czyni je podatniejszymi na układanie a fryzura jest trwalsza. Witaminy z grupy B wzmaniają włosy, a maltoza i sacharoza daje piękny połysk. W efekcie działania piwa włosy są przyjemnie miękkie w dotyku i lśniące.

      Usuń
    5. Tak? A ja myślę, że się kleją.
      allensteiner

      Usuń
    6. A co z zapachem piwa w lokach? Namiętny adorator tym zapachem się upijał?
      Oszczędności też miał. Nie wydając kasy miał przyjemność alkoholową.

      Usuń
    7. Ech, mężczyźni. Zawsze tak kombinują aby mieć maksimum zysku:))

      Usuń
  4. No to jest nas conajmniej dwójka, że opijamy sie oranżadą. Byc może to nie ten smak ale i byc może nam sie smak zmienil.
    Gdzie oranżada w proszku ??????????.
    Sypało sie na ręke lub wsadzało do środka język !.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oranżadę w proszku można spotkać w niektórych sklepach. Współcześni nie znają chyba tego specjału i sposobów na jej jedzenie bo słabo "schodzi".
      Tak, tak ta odmiana oranżady była do jedzenia! Nie do picia:)))

      Usuń
  5. W bardzo dawnych czasach oranżada była różowa, zaś żółty kolor miała lemoniada. A te cudowne zamknięcia butelek miało też piwo, zanim wynaleziono machiny do kapslowania. Zresztą do dziś niektóre piwa maną takie zamknięcie (np. Grolsch)
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest w sprzedaży piwo w butelkach z cudownym zamknięciem.

      Usuń
  6. Hmm jakoś niegdyś tych ulepków nie lubiłam . Chociaż butelki z fajnymi z zamknięciami mi się podobały. Nawet tej oranżady w proszku ,gdzie inne dzieci się zajadały jakoś mnie nie kręciły...
    Widać od dziecka jakaś inna byłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hi, hi, hi... Zawsze się trafi "Odmieniec" jakiś:))
      Oranżady nie nazwałabym ulepkiem, nie były przesadnie słodkie.

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Co Wy z tym klejeniem dzisiaj? Hi, hi, hi... Allensteiner narzeka na klejące włosy układane na piwie a Ty na lepkie ręce. Bo chyba o ręce Ci chodzi? Mnie się nic nigdy nie kleiło:)))

      Usuń
    2. Może Ty - Bet - myjesz włosy i ręce? :)))

      Usuń
    3. Ostatnie zdanie mojego komentarza można też rozumieć dość szeroko. Daleko dalej niż mycie:))

      Usuń
    4. Był taki złodziejaszek, co miał ksywę "lepkie ręce", ale nie od piwa i oranżady.

      Usuń
    5. Tak się mówi do dziś o ludziach ze skłonnościami do zabierania cudzych rzeczy.

      Usuń
  8. Dzięki tym wspominkom odmłodniałam o 50 lat.Oranżadę w "tamtych" butelkach uwielbiałam, chociaż wiele razy zanim doniosłam do domu, to stłukłam w czasie upadku i musiałam obyć się smakiem. Tęsknię do tej w torebkach, bo wsypana na język rosła i łaskotała w ustach. Ta w foliowych woreczkach była mało poręczna(przynajmniej dla mnie),bo trzeba ją było wypić w całości. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwono, chętnie stuknę się z Tobą szklaneczką oranżady! Oranżada w proszku istnieje, gdy tylko ją zobaczę to kupuję i podjadam w ukryciu jak za dawnych lat:))) To rozkoszne łaskotanie uwielbiały wszystkie dzieci. Namiastkę tego mamy teraz w cukierkach "Zozole".
      Miło mi, że moje wspomnienia mają taką odmładzającą moc:)
      Napijmy się /oranżady/ za to!

      Usuń
  9. Pamiętam, pamiętam. I w butelce i w proszku. Ta w proszku była pyszna... bez rozpuszczania w wodzie. Jak fajnie szczypała w język. I tu dygresja - mój syn przed laty, gdy jeździł na rajdy powiedział nam, że wspaniale smakowały chińskie zupki na... surowo. Wyobrażacie sobie? Oni jedli to świństwo bez zalania wrzątkiem;-) To na pewno było gorsze od oranżady bez wody:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać każde pokolenie ma swoje "nielegalne" przysmaki😆

      Usuń
  10. :) teraz to sam cukier z chemicznymi barwnikami ale takie robione w domu uwielbiam do dziś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jago, proszę jaśniej: co robione w domu uwielbiasz?

      Usuń
  11. Robiona w domu O R A N Ż A D A :)))) Domowa :) bez tony cukru i bez sztucznych konserwantów i barwników (nota bene - takie same dodaje się do środków czystości np do płynu czyszczącego kibelek )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale do dziś pamiętam smak "tamtej" oranżady... Ten smak jest nie do podrobienia

      Usuń
  12. Nie umiem robić oranżady domowej...Buuu.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prosta jak patyk od lizaka :) szklankę soku pomarańczowego
      1,5 l wody
      sok z cytryny
      20 dag cukru
      kostki lodu wymieszaj - dodaj do wody gazowanej i już - kaskada , pamiętasz?
      Albo kup na allegro aromat landrynkowy - i jak wyżej :) pycha

      Usuń
    2. Landrynki? Moje koleżanki rozpuszczały landrynki w wodzie i zapewniały, że to wspaniały napój:))
      Na bo landrynka w owym czasie była bardzo ważna i popularna. Cukierek numer jeden!

      Usuń
    3. Gaz się bierze z kwasku cytrynowego i sody
      allensteiner

      Usuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odmieniec najmilszy pod słońcem:)))

      Usuń
  14. Cześć Bet! Chciałbym wrócić na chwilę do Twej poprzedniej notki,kiedy Ci zacząłem opowiadać o profesorze("czorcie łabaty")z podstawówki. Nie skończyłem wątku,bo popijałem coś w rodzaju"chałwówki"jak wyżej na załączonym obrazku i przywaliło mi łeb do poduchy...
    Kilkanaście lat po szkole w czwórkę na motorach wybraliśmy się objazdowo"po jeziorach". W pobliżu Sławy Śl. trafiliśmy na jez.Tarnowskie i wieś Tarnów Jezierny.Zatankowaliśmy plecak winkami i innym prowiantem,ruszyliśmy leśną drogą wzłuż jeziora i zatrzymaliśmy się"na dziko"tuż nad jeziorem,w pobliżu był pomost,idealne miejsce do kąpieli i połowu rybeniek.Wówczas obowiązywał już zakaz dzikich obozowisk,a tym bardziej palenia ognisk w takich miejscach. Ale co tam,rozstawiliśmy namiot,nazbieraliśmy chrustu,ognisko się pali,kiełbaski skwierczą na kijkach,winko płynie a tu nagle!..Patrzymy,podjażdża zielony gazik,wychodzi dwóch facetów mundurach,z kaburami przy pasach...Straż leśna! A tu ognisko,kupa chrustu w pobliżu,winko w obiegu,nóż w drzewo wbity.Zgroza! Jeden z nich to był starszy gość,taki przedwojenny,a drugi młody pistolet,kierowca..No to dyskusyja się rozwija..Od razu usłyszałem,że ten starszy ma akcent taki kresowy,zabużański..Tonący brzytwy się chwyta,jak wiadomo,więc ja walę prosto z mostu:"Pan chyba pochodzi zza Buga,prawda?,wie pan,mnie uczył nauczyciel ze Lwowa,nazywał się Molenda,taki wysoki,jasne włosy..ty czorcie łabaty mówił,jak ktoś podpadł.."A on:"To prawda,ja też pochodzę ze Lwowa i on mnie też uczył! Poznaję po tym czorcie i po rysopisie!". Od razu inna rozmowa,szklaneczki poszły w ruch,ten młody tylko patrzył jak osa z ukosa,bo był kierowcą, winko odpadało i był trochę zniesmaczony,bo pewnie premia koło nosa..Doszło do tego,że poradził nam,aby zgłosić się do miejscowego leśniczego o pozwolenie na biwakowanie w tym miejscu. To było ok 2km,na drugi dzień przeszedłem się tam,leśniczy już był uprzedzony przez Lwowiaka i w rezultacie byliśmy tam jeszcze 5dni! Niecodziennie się tak trafia,prawda? Ale dwa lata później też na dzikim biwaku już nad innym jeziorem dopadł nas już inny leśniczy,podpłynął łódką wieczorem i już było mniej wesoło,ale też potraktował nas ulgowo i zamiast stówę od łebka,zapłaciliśmy tylko stówę za całą gromadę..No,ale stówa wtedy do były drobne na pół litra i zakąskę,nie to co teraz..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna historia, Waszku. Miałam ci ją podobne kłopoty ze Strażą Leśną i dzikim obozowaniem... Ach to były czasy! A ten ,"łabaty" też mi zapadł w pamięć i co rusz mi się przypomina😃 Urocze powiedzonko!

      Usuń
  15. A ja najrzewniej wspominam napój pod tytułem "MANDARYNKA". Był przepyszny i żaden współczesny wynalazek mu nie dorównuje. No, ale kiedyś truskawki były smaczniejsze(to Steinbeck) a gałęzie mocniejsze(to wąż Kaa) i ja się z obydwiema tezami zgadzam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam Mandarynki! Ale, że dawne smaki odeszły bezpowrotnie to prawda. Jakiś tajemny związek w relacji smaku z wiekiem? Może ktoś to zbada naukowo?

      Usuń
    2. Może to był lokalny produkt? A związek smaku i wieku to chyba kwestia serca, nie nauki. Kiedy wchodzę na podmokłą, pachnącą tatarakiem łąkę tak znaną z dzieciństwa, jestem smutno-szczęśliwa. Tamto już nie wróci, dobrze, że chociaż zapach został....

      Usuń
    3. BYć może Mandarynka miała zasięg jedynie lokalny.
      Podoba mi się Twoja teoria dotycząca związku smaku i wieku:))

      Usuń
  16. Była mandarynka, ale była też cytronada, i przez jakiś czas z oranżadą konkurowała lemoniada o żółto zielonym kolorze. Był też jakiś brązowawy napój usiłujący wyprzeć z rynku Coca i Pepsi Colę, ale się nie przyjął. Osobiście przepadałem za podpiwkiem, ale prawdziwym przysmakiem był rosyjski kwas chlebowy i buzujące mleko kwaśne, to robiła moja babcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To brązowe to była Polo Cocta - nie pamiętam pisowni - odpowiednik Coca Coli jeszcze wtedy nieosiągalnej w kraju. Nie przyjęła się bo wkrótce nastała era Pepsi Coli.
      Buzujące kwaśne mleko? Od czego ten "buz"?

      Usuń
    2. Rawicz - co tam za usiłowanie wyparcia z rynku coca-coli i pepsi, jeżeli tych napojów ustawicznie brakowało!
      allensteiner

      Usuń
    3. Jakie brakowało? Jak już Pepsi weszła do naszego kraju to już była! W cudnych szklanych butelkach!
      Coca colę ujrzałam dużo, dużo później...

      Usuń
    4. Oj, Bet, taka młoda a już nie zupełnie pamiętasz...
      allensteiner

      Usuń
    5. allensteiner, nie ma ludzi doskonałych. Jakieś wady trzeba mieć:))

      Usuń
  17. @Bet
    To buzujące kwaśne mleko robię sobie prawie każdego dnia. Wystarczy do szklanki mocno skwaśniałego zimnego mleka wsypać szczyptę sody kuchennej, zmiksować i szybko to wypić. Idealne przed snem i na nadkwasotę.

    @allensteiner
    Faktycznie ówczesna Polska Gierka dzieliła się na Północną, gdzie królowała Pepsi Cola, i Południową z Coca Colą. Nie był to towar powszechnie dostępny (chyba 2-3 x razy droższy od innych napojów), bo obsługiwał głównie rejony turystyczne, chodziło przecież o pokazanie, że Polska wchodzi do Europy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Bet
      Tego się po Tobie nie spodziewałam. Miałam nadzieję, że z napoi musujących zaproponujesz szampana, a Ty lansujesz mleko z sodą?
      Hi, hi,hi...
      ps a skąd bierzesz kwaśne mleko, ha?

      Usuń
    2. @ allensteiner - guzik prawda. Jestem z południa i pepsi colę znałam dużo wcześniej niż coca colę. Może podział był raczej w pionie, na wszchód-zachód?

      Usuń
    3. Dogadałem się z dostawcami. Ale tak na szybko to jeszcze lepszy jest jogurt grecki rozcieńczony wodą.
      Co do pepsi i coca coli to trudno mi samemu osądzić, bo w Łodzi bywał jeden i drugi napój.
      PS. A lemoniady (na lemonkach) u was nie było?

      Usuń
    4. Może i była lemoniada, nie pamiętam jej tak dobrze jak oranżady.

      Usuń
    5. A mi tam wisi,co,gdzie,kiedy..Pamiętam tylko hasło:"Coca Toa-To jest TO!". Burżuj jestem i tak mam..!

      Usuń
  18. Oranżada od lemoniady różniła się kolorem..Ta pierwsza była jasnoczerwona,ta druga-żółtawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie właśnie tak było. Teoretycznie, w lemoniadzie powinny być cytryny a w oranżadzie pomarańcze lecz to tylko teoria. Każdy z tych napojów był sztucznie aromatyzowany. Oczywiście mówimy o popularnej oranżadzie że sklepu. Domowe wyroby według rodzinnych receptur to całkiem inna bajka:-)

      Usuń
    2. Oj Bet.."Domowe wyroby?"Bez paragrafu? No to jadziem,panie Zielonka!

      Usuń
  19. Witaj Beatko :)
    Oranżada w proszku, ależ miły dla podniebienia temat :) Wakacje w latach 60-tych spędzałam u babci w Sieprawiu. Pomagałam przy żniwach jak umiałam, powrósło do zawiązania snopka pszenicy mogłabym zrobić nawet dzisiaj :) Popołudniu z kilkoma złotówkami maszerowałam do sklepu pani Strzeleckiej. Sklep we wsi w tamtych czasach to było zjawiskowe przeżycie :) W drewnianym domku wydzielone dwa pokoiki. W jednym lada z wagą szalkową, obok wagi ogromny prostokąt marmolady, ceres w kostkach i wiele różności na półkach. Drugi pokoik, czyli magazyn skrywał największe tajemnice dla dzieciaka, bo tam wstęp był oczywiście zabroniony. Babcia dawała kilka złotych na zakup podpiwka, kawy "Turek", czasem kostki ceresu, ale najważniejsze było to, że za resztę mogłam sobie kupić oranżadę w proszku :) Maleńka torebeczka z pergaminu, w środku oranżada cytrynowa za 35 groszy, albo o smaku pomarańczowym za 45 groszy :) Bardzo rzadko
    doniosłam do domu ten kuszący proszek :) Najczęściej wskazujący paluszek wędrował na dno torebeczki, później do buzi i kolejny raz i jeszcze raz :)
    A potem zastanawiałam się, dlaczego połowa paluszka jest czyściutka, a reszta i inne paluszki .... szkoda gadać ;)
    Beatko, lato w pełni, więc wywołaj do wspomnień kolejny temat. Jak wyglądały żniwa w czasach PRL-u. Kto robił powrósła, stawiał snopki w podstawki ? Czy wszyscy wiedzą o czym mówię? Teraz na polach widzimy bele słomy, zboże pewnie leży w spichlerzach i ....po żniwach :) A ja z moim Tatą stawiałam z ośmiu snopków podstawki, które suszyły się kilka dni na polu, a potem przyjeżdżał z kombajnem pan Siemieniec i snopki wędrowały w czeluść kombajnu :)
    Elżbietka53

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Elżbieta! Żniwa... Tak, ten temat warto przypomnieć. Ale jest problem : jako absolutnie miejskie dziecko nigdy nie żniwowałam! Nie miałam babci na wsi! Oj, żniwne wspomnienia u mnie ubogie. Ale ziarno zasiałaś i już zaczynam grzebać w otchłani pamięci:-)

      Usuń
    2. Elżbieta, to chyba nie był kombajn tylko młocarnia bo kombajn rżnie zboże i młóci od razu. Skoro snopki stały to wnioskuję że były potem młócone w młockarni😋 Jak widzisz drążę temat żniwny!

      Usuń
    3. Oczywiście Beatko, że młocarnia :) Jedyna we wsi, ogromna, może dlatego w mojej pamięci utkwiła jako kombajn :) Nam, dzieciakom nie wolno się było do niej zbliżać. Co mi utkwiło najbardziej w pamięci ? To, że sąsiedzi sobie nawzajem przy młóceniu pomagali. Oj ciężka to była praca. A skoro już jesteśmy przy temacie żniwnym :) Najwspanialsze co jadłam, to ogromna pajda chleba z masłem, które osobiście w maśnicy robiłam i kubek schłodzonego, kwaśnego mleka. Nic, nigdy już potem tak mi nie smakowało :)
      Elżbietka53

      Usuń
    4. Elżbietko, chyba jednak powstanie żniwna notka i pozwolę sobie w niej wykorzystać te twoje wspomnienia. Mogę?

      Usuń
    5. Proszę wykorzystaj :) Myślę, że wielu bywalców na Twoim blogu chętnie
      wspomni o wakacjach w PRL-u. Jedni bywali u babci, Ty na obozach harcerskich, kolonie letnie także zaliczyło wielu z nas :)
      Elżbietka53

      Usuń
    6. "Kazałaś" mi pisać o żniwach, nie o wakacjach:)))
      Już biegam po polach z aparatem aby zboże sfotografować. Wcale nie tak łatwo trafić na zbożowe łany w okolicy miasta.

      Usuń
    7. Beatko, czy ja dobrze pamiętam ? Uniwersytet Rolniczy miał "poletko" doświadczalne w Twoich okolicach :) Może tam rosną nadal łany zbóż?
      Po prawej stronie po pokonaniu Góry Borkowskiej.
      Elżbietka53

      Usuń
    8. Bardzo dobrze pamiętasz. Tam był Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin Zakład Roślin Zbożowych i poletka doświadczalne z tymi roślinami. Na tych poletkach prowadziłam badania do swojej pracy magisterskiej. Już tego nie ma - nawet nie wiem co obecnie się znajduje na tym terenie.
      Łany znalazłam na trasie "do pracy", zdjęcia są.
      Gratuluję pamięci:))

      Usuń
  20. Oj Bet,oj Bet..Drążysz?? A ja gooooręęę!

    OdpowiedzUsuń
  21. Bet,a ja dalej''polecę Załuckim":
    "Człowiek w swym życiu,
    pełnym wichrów i burz
    dwa rodzaje radości
    ma zapisane w rejestrze:
    Pierwszza:że taki młody,a już..
    druga:że taki stary,a jeszcze."
    To też z Załuckiego..

    OdpowiedzUsuń
  22. A ja pamiętam czasy których Wy nie znaliście. Czasy za raz po zakończeniu II wojny. Pamiętam wieś z domami drewnianymi domami pokrytymi strzechami. Pamiętam pola orane pługami ciągniętymi przez jednego konia żywego a nie mechanicznego a za orzącym rolnikiem a zanim zgodne stado różnych ptaków. .Nad nimi skowronki pięknie śpiewające. Pamiętam jak po zaoraniu rolnicy siali ręcznie żyto i pszenice A potem łany zbóż. A następnie rolników koszących a za nimi kobiety i starsze dzieci zbierających te zboża wiążące snopy. Te snopy były przewożone do stodoły gdzie cepami były młócone. To się już nie wróci. Co się stało ze słowikami ?
    Pozdrawiam Was serdecznie i CZUWAJ ! Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuwaj, Druhu! Jak zawsze bardzo cenne Twoje wspomnienia.
      Faktycznie, takie obrazy znam tylko z filmów.
      Pozdrawiam serdecznie - dobranoc:))

      Usuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.