środa, 9 sierpnia 2017

A może biwak z namiotem?



Krótki przegląd urlopowych atrakcji w minionej epoce PRL.

Wczasy FWP - dobra i wygodna forma wypoczynku dla ludu pracującego miast. Lud pracujący wsi został w tym temacie niesprawiedliwie pominięty. No, ale żniwa przecież! Trzeba wieńce dożynkowe upleść. Sojusz robotniczo-chłopski względem wczasów trochę szwankował. Kolonie letnie i obozy harcerskie – wspaniałe dla dzieciaków i małoletniej młodzieży. Starsze nastolatki lub zgoła podstarzali trampowie, amatorzy przygód i niewygód wybierali biwakowanie pod namiotem! Jeśli, naturalnie taki namiot mieli, bo w owych latach  nie był to produkt powszechnie posiadany ani kupowany.

z archiwum alElli
 Można było jednak taki sprzęt „skombinować” wypożyczając go od kogoś kto miał. Namioty były z ciężkiego brezentu, wspierane drewnianymi masztami i mocowane w ziemi za pomocą równie drewnianych „śledzi”. Nigdy nie widziałam nowego namiotu tego typu. Wszystkie znane mi egzemplarze były stare lub bardzo stare. Począwszy od tych takich ogromnych, kilkunastoosobowych, pochodzących prawdopodobnie z wojskowego demobilu, aż po całkiem malutkie, jedno lub dwuosobowe. Pojęcie pojemności tych małych namiocików było zresztą dość względne gdyż wszystko zależało od bieżących potrzeb oraz fantazji biwakowiczów, a nade wszystko sposobu ułożenia osób na przykład  „na łyżeczkę” lub „na waleta” co bardzo zwiększało pojemność pomieszczenia. Jeden z takich bardzo, ale to bardzo, starych namiotów podróżował ze mną na zagraniczny biwak i niestety rozpadł się na pół pewnej wietrznej i burzowej nocy pozostawiając nas bez dachu nad głową. Na obczyźnie! Ale i tak, choć zdezelowany mocno, musiał powrócić na ojczyzny łono bowiem wpisany w deklarację celną podlegał kontroli na granicy bratniego kraju bloku socjalistycznego. Ech, wspomnienia!

Kto zna, niech zanuci ze mną tę starą piosenkę, którą cytuję z pamięci!

Będziemy dumni niesłychanie, gdy zastęp nowy namiot dostanie
Prosto spod igły, szyk niedościgły, ogólny podziw i uznanie
Nowe namioty są jak marzenie, nowe namioty, robią wrażenie
Lecz stary namiot zachował twarz, bo który namiot ma taki staż
Od wojska mamy go w prezencie,
Czas wyrył na nim swoje  pieczęcie
Jakie legendy, jakie gawędy drzemią ukryte w tym brezencie…

Biwakowanie wymagało zgromadzenia odpowiedniego wyposażenia. Survival? Może dzisiejsi delikatnisie tak by powiedzieli. Dla nas, peerelowskich twardzieli, wyprawka biwakowa była zbiorem przedmiotów umożliwiających wygodny wypoczynek. Jak w domu!


Najbardziej odporni na niewygody zasypiali wprost na namiotowej „podłodze” otulając  się designerskim  kocykiem w obowiązkową kratkę! Czy ktoś widział biwakowy koc /pomijając wojskową szarość/ w innym niż krata deseniu? Późniejsze lata PRL-u były o wiele łaskawsze bowiem wymyślono dmuchane materace, Niestety, ten epokowy wynalazek  często powodował  nocne, twarde lądowania na podłożu z powodu awarii ogumienia lub poluzowania korka. Modne w późniejszym czasie kolorowe karimaty, były leciutkie jak piórko i dobrze izolujące ciało od podłoża. Na temat komfortu spania na karimatach można jednak dyskutować. Ale co tam, byle do rana!

Brezentowe pokrycie namiotów było przewiewne lecz niekiedy nie wytrzymywało naporu deszczowej wody. Wtedy sytuację ratowała pałatka /dodatkowa płachta brezentu/ rozpinana ponad wadliwym namiotem. Z czasem takie dodatkowe daszki zastąpiły specjalnie szyte elementy namiotu zwane tropikiem. A tymczasem woda z dachu: kap, kap, kap… Do aluminiowej menażki, blaszanego kubeczka lub plastikowego kubka do mycia zębów: brzdęk, brzdęk… A jak już wszystko zawiodło to ratunek przynosił wspólny śpiew przy akompaniamencie gitary. Czegoż to młodość nie przetrzyma?

Gitara, wraz z obsługującym ją osobnikiem dowolnej płci, była jedną z ważniejszych pozycji na biwakowej liście „must have” czyli „trzeba mieć”.  

W namiocie z przeciekającym dachem można było ugotować gorącą strawę. Do tego niezbędny był spirytusowy „prymus” – potocznie zwany maszynką spirytusową lub kocherem. Paliwem był tu spirytus turystyczny /niejadalny!/ lub  specjalnie preparowane i nasączane czymś palnym kostki do kuchenek turystycznych. 

Takie urządzenie całkiem sprawnie gotowało wodę, jajka oraz klasyczne danie obiadowe – jedną z wielu zup błyskawicznych w proszku.  Zupki owe smakowały wybornie w warunkach biwakowych – te same produkty przyrządzone w domu i podane w porcelanie miały niewielu amatorów. Chociaż… W studenckim menu bywały normą.

No tak, ale po zupie należy się drugie danie! Aby przyrządzić makaron z czymś mięsnym zakonserwowanym  w blaszanej puszce niezbędny był otwieracz do konserw. Bez otwieracza lub wielofunkcyjnego scyzoryka biwakowicz nie miał szans. Peerelowskie puszki mocno broniły swej zawartości, nie miały sprytnych kapselków robiących „pstryk” po naciśnięciu jak współczesne ich koleżanki. O, nie! Blacha konserwowa była solidna. Jedynie sardynki bywały na tyle miłe, że ich puszeczki zaopatrywano w blaszany kluczyk do otwierania. Ale sardynki na biwaku nie były codziennością. Co najwyżej szprotki w pomidorach, albo paprykarz szczeciński. 

Wszystkie wspomniane przysmaki serwowane były w aluminiowych naczyniach i pałaszowane z ogromnym apetytem za pomocą także aluminiowych widelcołyżek zwanych bardzo adekwatnie „niezbędnikiem”. Bo jak zjeść zupę ogonową / hit błyskawicznych zup/ bez łyżki i jak nawinąć makaron  w sosie z  konserwy turystycznej /hit wśród konserw mięsnych/ bez widelca? Co za wygoda! Zajadasz zupkę łyżką, przekręcasz sztuciec i od razu masz widelec gotowy do użycia, bez wypuszczania przyrządu z rąk. Ale że też organizmy nasze tę porcję aluminium wchłonęły bez wielkiego szwanku dla zdrowia i urody? Że też obywało się bez dezynfekcji detergentami i wystarczyło szorowanie tłustych naczyń rzecznym piaskiem? Wystarczało. Mycie zębów oraz ciał w lodowatym strumyku również. Wszak: „Zimna woda – zdrowia doda”!

A, co? Może nie?

Koniec biwaku. Rolujemy kraciasty koc według wojskowego stylu, aby go prawidłowo przytroczyć do plecaka. Dodajemy nawleczony na pasek blaszany kubek i menażkę szpanersko dyndające i pobrzękujące w takt marszu. Ruszamy. Komu w drogę temu sznurowadło! Do następnego biwakowego noclegu, często w lesie, czasem na przypadkowej łące, nad jeziorem… Na dziko! A przypomnieć trzeba, że w pewnym okresie nie było to prawnie zabronione, a więc dozwolone! Biwakowy raj trwał przez jakiś czas zanim turystykę zaczęto cywilizować, ujmować w regulaminy, ramy organizacyjne, a nade wszystko zajmować się sprawami ochrony przyrody i środowiska naturalnego człowieka… 

z archiwum Bet
Ps. Phiii… A cóż może być bardziej naturalnego od ogniska na leśnym biwaku?






78 komentarzy:

  1. Klik dobry:)
    Poczułam się, jak na biwaku. Przypomniał mi się smak zupy ogonwej i paprykarza szczecińskiego. A kluczyk do otwierania miała też szynka "Krakus" z "Peweksu", ale biewakowicze raczej nie zaopatrywali się w tym dewizowym raju wszelkiego dobra.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, nie zaopatrywali się w Peweksie. Nawet wspomniane sardynki były zbyt luksusowe. Sardynki w puszkach podawano na całkiem eleganckich przyjęciach domowych koniecznie w oryginalnym opakowaniu. Błędem było wyjmowanie rybek na półmisek. Taki savoir-vivre wtedy obowiązywał.
      Paprykarz szczeciński miał niebiański smak dziś już nieosiągalny pomimo, że takie konserwy można spotkać. Paprykarz jest łatwy do wykonania domowym sposobem
      paprykarz szczeciński
      POlecam do samodzielnego wykonania

      Usuń
  2. Nie pamiętam już, gdzie zdobyty, ale miałam namiot z aluminiowymi masztami i śledziami. Był to znacznie lżejszy do dźwigania luksus namiotowy. Cieszył się ogromnym powodzeniem. Musiałam prowadzić grafik wypożyczek, a biwakowicze uzależniali swoje wędrówki od wolnych terminów na tej liście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłaś zatem "gościówą" - posługując się ówczesnym slangiem młodzieżowym:)
      Tak, kolejne generacje namiotów były coraz lżejsze i wykonanie z co raz doskonalszych materiałów. Sama nabyłam kiedyś namiocik ważący około 1 kg.
      W notce opisałam celowo najstarsze i pokolenie biwakowego sprzętu.

      Usuń
    2. Tak mnie teraz zastanowiło ówczesne użyczanie i wypożyczanie? Jak to było, że nie było żal? Jak to było, że ktoś, kto nie miał, zdobywał ekwipunek od znajomych a nawet nieznajomych i wyruszał?

      Usuń
    3. Słuszna refleksja! Temat na następną notkę o pożyczaniu!
      Od szklanki cukru u sąsiada aż do ekwipunku biwakowego. Święta racja, pożyczanie stało się obecnie domeną banków i dotyczy głównie pieniędzy.
      Prawdą jest, że "nie było żal" dzielić się z bliźnim swoim dobrem.

      Usuń
    4. A jakie wspaniałe dowody wdzięczności potem otrzymywało się. A to leśnego dziadka zrobionego z szyszek lub łódeczkę wystruganą z kory, a to morskie muszelki czy piękny kamień z górskiego strumyka. Mam nawet konika morskiego z Morza Czarnego, a także laurkę dziękczynną na brzozowej korze.

      Usuń
    5. Cudowne prezenty! Konik morski dziś by przez granice nie przeszedł:))
      Kora drzew była bardzo dobrym materiałem do artystycznej twórczości. Strugaliśmy z niej solniczki i pieprzniczki na obozowy stół.

      Usuń
  3. Tylko raz w życiu, siostra harcerka zabrała mnie na biwak. Nie spaliśmy w namiotach, bo to był jednodniowy wypad, ale ognisko było i jedzenie w konserwach też. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wobec tego, Iwono, dobrze, że posiedziałaś tu pod naszym namiotem aby poczuć smak i atmosferę takich chwil:))
      Miłego upalnego dnia dziś:))

      Usuń
  4. A wiesz, że inspiracją do produkcji paprykarza szczecińskiego było danie afrykańskie "czop-czop", które nasi dalekomorscy rybacy skosztowali w afrykańskich portach? Spodobało im się ze względu na smak, a także na zagospodarowanie odłamków i odprysków po wykrawaniu kostki rybnej z zamrożonych bloków rybnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znałam tej genezy powstania paprykarzu. Brawo rybacy czerpiący inspiracje w dalekomorskich podróżach. Ja namawiam na wypróbowanie przepisu i wykonanie tego dania - naprawdę smakuje wybornie.

      Usuń
  5. Biwakowanie w młodzieńczych latach przegapiłem, ale pamiętam kilka wypadów pod namiot w dorosłym życiu. Nigdy jednak nie udało nam się rozbić namiotów (były to wojskowe z podwójnym dachem i aluminiowym osprzętem), bo zawsze po przybyciu na miejsce rozbijaliśmy, a właściwie rozpijaliśmy co innego. Przeważnie więc my spaliśmy w samochodach, a namioty obok samochodów. Potem, z reguły, byliśmy zapraszani pod gościnne dachy poderwanych wczasowiczek.
    A ognisko na biwaku to coś super, nawet jak obok leży złożony namiot. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to byłeś biwakowiczem "na krzywy ryj":)) Wykorzystywacz.
      Wszystko co do jedzenia na ognisku przygotowane smakowało wybornie. Nawet czerstwy chleb przypieczony na patyku był pożądaną przekąską. Przyprawą była chyba tajemnicza magia ognia łącząca ludzi we wspólnotę. Tego nie sprzedają w konserwach, niestety.

      Usuń
    2. Spanie w samochodach lub w apartamentach gościnnych wczasowiczek absolutnie nie zaliczam do biwakowania, o!

      Brak zaliczenia!;) :)

      Usuń
    3. Uprzejmie proszę o zaliczenie biwakowania ponieważ:
      1/ W samochodach spaliśmy zmożeni silnym stanem upojenia ... klimatycznego, oraz
      2/ Do apartamentów byliśmy zapraszani, a więc nie wypadało odmawiać. ;)

      Usuń
    4. Ja tam usprawiedliwienie przyjmuję bo "manie" namiotu oraz uprzejmość wobec dam jest argumentem "za":))
      Nie wiem czy alEllę to przekona.

      Usuń
    5. No dobrze, zaliczę. Dodam jeszcze dwie sprawności.
      1/ upojeńca,
      2/ bawidamka.
      ;) :)

      Usuń
  6. Wszystko prawda, co powyżej napisane. Paprykarz szczeciński, dostępny wszak do dziś, bardzo lubiłam. Zupa ogonowa to był hit - z chlebem a jak się dało z grzanka znad ogniska.A chleb z margaryną mleczną, bo "margaryna chociaż mleczna na komary jest skuteczna. Jedzcie rano i wieczorem margaryna marki społem" - tak sobie nuciliśmy przy posiłkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam do tego chleb z margaryną i cebulą pokrojoną w krążki a do herbaty z kochera koniecznie wrzucić kilka igieł sosnowych! Rewelacja!

      Usuń
  7. Iwona o margarynie pisze, a mnie się przypomniał babciny smalec. Też należał do biwakowego ekwipunku. Cebulę do chleba ze smalcem zdobywało się po drodze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I kartofelki do ogniska też... :-)

      Usuń
  8. Ciekawe co też kryje się w tym przypadku pod słowem "zdobywać"? Ja się domyślam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co "ukrywa" Maradag, to nie wiem, ale jeśli to samo, co ja, to lepiej kryć. :)))

      Usuń
    2. U nas mówiło się w takich wypadkach: "Iść na grandę". Najczęściej łupem padały jabłka, śliwki oraz ziemniaki.

      Usuń
  9. Ha ... biwakowanie mnie ominęło. Już jako dorosła osoba włóczyłam się przez miesiąc po Europie z ogromnym namiotem . Namiot był mój - nie pomnę skąd go miałam i też nigdy go nie rozkładałam ani nie składałam .Skoro go zorganizowałam i udostępniła sześciu osobom luksusy to niech te luksusy sami stawiają i składają...nieprawdaż? Czasem gotowaliśmy gotowce i z tego obowiązku też zostałam zwolniona jak po ciemku już pomyliłam jakąs zupę z wegetą. Cała paczka wegety udawała rosołek ...I od tego czasu mogłam jedynie wodę na herbatę zagotowac. Fajna wyprawa była:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jedną ze sprawności harcerskich było stawianie i składanie namiotu na czas. Takie małe namiociki potrafiliśmy rozbić w kilka minut.
      Natomiast składanie i rozkładanie namiotów-domków, takich wypasionych z kilkoma sypialniami i przedsionkiem kuchennym to już wyższa szkoła jazdy ale i wygoda biwakowania wielka. Uwielbiałam wczasy w takim namiocie i zwiedziłam tak kempingi w całej niemal Europie. Najfajniejsze są we Francji:))

      Usuń
  10. Bet, to na prawdę były wspaniałe czasy. Tym wpisem obudziłaś moje wspomnienia.

    KLIK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniale, że obudziłam:) Na zdjęciu, na trzecim planie, za przystojniakiem widzę składane łóżko turystyczne. Mam takie samo do dziś!

      Usuń
    2. U nas takie łóżko nazywa się polowe.

      Usuń
    3. Masz rację to jest prawidłowa nazwa:)) Nazwa "Turystyczne" nastało już obecnych czasach. Bo i łóżka są bogate, wyposażone z materacyki. Te stare "polowe" miały tylko brezent. Moi rodzice wykorzystywali takie łóżko jako leżak udając się w letnie popołudnie do pobliskiego lasku celem relaksu.

      Usuń
    4. Mnie bardziej podoba się nazwa łóżko składane, bo często samo się składało pod zbytnio wiercącycm się biwakowiczem.

      Usuń
    5. O, tak. To były częste przypadki:))

      Usuń
  11. Od kilku godzin śledzę losy obozowiczów, którym przytrafił się tragiczny wypadek. Po burzy jaka przeszła nad biwakiem 2 dzieci zginęło, 21 jest rannych. Nie pamiętam z przeszłości takich anomalii pogodowych i takich wypadków (może poza zatruciami) losowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie aż w gardle ścisnęło, jak się o tym dowiedziałam. Straszne!

      Usuń
    2. Dramat... Ja też nie pamiętam takich tragicznych wydarzeń na obozach i biwakach. A może wiadomości do nas nie docierały?
      Jeden raz tylko uciekaliśmy przed wysoką falą wody na rzece. Nie była to wielka powódź ale obóz zalało a my ewakuowaliśmy się pieszo do pobliskiej wsi. To była przygoda bo nic się nikomu nie stało.

      Usuń
    3. A dzisiaj przecież mają łaczność ze światem, to czemu gdzieś nie schowali się? A może nie mieli zasięgu w lesie i nie wiedzieli o zbliżającej sie do nich nawałnicy?
      Aż mi się nie chce wierzyć w tę tragedię.

      Usuń
    4. Z tego co widzę i słyszę w TV wynika, że ogłoszono alarm i zarządzono ewakuację ale te dziewczynki chyba nie zdążyły uciec. To była trąba powietrzna, która zmiotła kawał lasu. Straszliwy pech, że trafiła akurat w miejsce gdzie tyle dzieci było.

      Usuń
    5. To co pokazuje TVN 24 wygląda strasznie, tysiące drzew powalonych tak jakby ktoś kosą je ściął. Podobno wszystko zaczęło się po 22 w nocy, gdy już ogłoszono "ciszę nocną". Zastanawia mnie dlaczego próbowano dojechać, a nie np. wysłać parę helikopterów ratowniczych?

      Usuń
    6. A jak helikopter wyląduje w lesie w dodatku "ściętym jak kosą"?
      Dzieci opowiadały, że był alarm i padł rozkaz zbiórki w miejscu nazwanym "młodnikiem". Wydaje się, że to był kataklizm przed którym nie sposób się uchronić.

      Usuń
    7. Jeśli to była trąba, to nie ma co zrobić w lesie. Trąbę można przewidzieć do 15-20 minut przed jej powstaniem. Nawet najsprawniejszy system ostrzegania nie nie pomoże w środku lasu. W domu za najbezpieczniejsze miejsce uważa się piwnicę i wannę w łazience bez okien. A co w lesie? Jak znaleźć w ciągu 15 minut schron albo piwnicę, zwłaszcza, gdy na głowę spadają olbrzymie drzewa? Ucieczka do młodnika zdaję mi się bardzo rozsądna.

      Usuń
    8. Z kolejnych doniesień wynika, że kadra obozu reagowała na sygnał o zagrożeniu bardzo poprawnie - robili co możliwe aby ochronić dzieciaki. Niestety, z żywiołem trudno wygrać.

      Usuń
    9. Tym bardziej w nocy.
      My też się uczmy rozpoznawać objawy powstawania trąby, bo coraz częściej nas nawiedzają. Warto zorganizować sąsiedzki/osiedlowy system ostrzegania.

      Usuń
    10. Dobry pomysł. Może zaproponujesz scenariusz takiego sąsiedzkiego szkolenia i system ostrzegania?

      Usuń
    11. Proponuję najpierw zaprosić fachowca na zebranie wspólnoty mieszkaniowej, który nauczy rozpoznawać zagrożenia trąbowe i nie tylko.
      Oczywiście sąsiedzi wzajemnie powinni wymienić się numerami telefonów i jak ktoś takie objawy zauważy, to alarmuje innych a inni jeszcze innych. Na pewno będą się zdarzać alarmy fałszywe, bo nie każda chmura wyglądająca na trąbową jest trąbowa. Ale lepiej niepotrzebnie się schować, niż nie schować, gdy trzeba.

      Usuń
    12. Ciekawe jak by moja wspólnota zareagowała na taką propozycję. Od kilku zebrań usiłuję przekonać wspólnotowców do likwidacji łazienkowych piecyków gazowych i podłączenia się do ciepłej wody miejskiej. Jak na razie opór betonowy.

      Usuń
    13. To typowe dla nas. Strasznie to brzmi, ale wszelkie betony u nas kruszy tylko czyjaś śmierć, a najlepiej kilka. U nas w piwnicy dopiero pożar zmusił do zrobienia tego, o co walczyłam przez lata. I to tylko u sąsiadów tego pożaru. Dalsi dalej "zabetonowani" bo ich pożar nie sięgnął. Trzeba czekać, na jakieś groźniejsze w skutkach zdarzenie.

      Usuń
    14. Dokładnie tak jest.

      Usuń
    15. Druhno aElla !

      Przyznaję Ci Druhno sprawność Super Ratowniczki!

      Wiecie ?
      Zastanawiam się jak ja bym się zachował w takiej a j nie bardzo znanej sytuacji + strach powierzonej mi dzieciarni oczekującej mojej pomocy + świadomości mojej odpowiedzialności za te dzieci.

      Zgodnie z moją wiedzą i doświadczeniem Kadra nie popełniła żadnego błędu zarzucanego im przez pseudo dziennikarzy.

      Miejsce to było dobrze znane organizatorom. Od kilku lat organizowane były w tym miejscu obozy. Obok zagajniku i rzeczki.

      Prawie natychmiastowe ewakuacja dzieciaków do zagajniku i nad rzeczką był super dobry. Przy ewentualnym pożarze umożliwiał im dalszą ewakuację.

      Boje się bardzo naszych "rzadzicieli" którzy mogą utrudnić organizację obozów.
      Jestem przekonany, że w związku coraz bardziej rozwijania się "Nowoczesności w domu i zagrodzie" zwiększa się potrzeba organizowania obozów dla dzieci i młodzieży właśnie na "łonie natury"

      Jeżeli mi się uda to po obchodzie pielęgniarek opowiem Wan o dwóch moich doświadczeń w sytuacjach niebezpiecznych.

      W ośrodku w którym mieszkam mam całodobową opiekę pielęgniarek i opiekunek. Zgodnie z ustawą każda opiekunka powinna zajmować się siedmioma i pół mieszkańca. AUTENTYCZNE

      Pozdrawiam i CZUWAJ ! Mirek

      Usuń
    16. Ja też się boję "rządzicieli". Mogą kazać wyciąć wszystkie drzewa - bo każde z nich może kiedyś runąć przy tak niezwykłej pogodzie. Mogą też zakazać organizowania obozów w lesie. To drugie jest bardziej prawdopodobne.
      Druhu. Skoro jesteś jednym z siedmiu i pół to gdzie Twoja druga połówka?

      Usuń
    17. Na ocenę tego co się stało jest chyba za wcześnie. Dużo mogą wyjaśnić sekcje 2 ofiar. Też mi się wydaje, że kadra obozowa nie popełniła błędu, jednak zastanawiam się dlaczego ratownicy nie starali się pieszo dotrzeć w rejon katastrofy, tylko czekali na udrożnienie dojazdu?
      Helikopter nie musiał lądować, ale mógł dokonać zrzutu środków ratowniczych, a może i ratowników, może też była szansa na pobranie rannych z powietrza, podobno wiatr ustał już po kilkudziesięciu minutach. Ale wiadomo nasi główni katastrofiści kraju potrafią ochraniać tylko "szeregowego posła".

      Usuń
    18. Z tego co ja pamiętam z mądrych nauk, to drzewa wpływają na kształtowanie klimatu, regulację obiegu wody w przyrodzie, przeciwdziałanie powodziom, lawinom i osuwiskom, ochronę gleb przed erozją i krajobrazu przed stepowieniem. Jak krajobraz stepowieje, to wiatr, nie mając naturalnych spowalniaczy w postaci krzaków i drzew bardzo się rozpędza i jak taki rozpędzony natrafi na ścianę lasu to przewraca ją, jak zapałki. Ale to nauki rodem z PRL, więc na pewno tak nie jest.

      Usuń
    19. Odpowiadałam Bet, kiedy jeszcze nie widziałam komentarza Anzai'a. W następnej kolejności chciałam napisać to samo, co Anzai, więc się tylko podpiszę, jeżeli pozwoli. :)
      Dodam tylko, że jakich mamy "katastrofistów" na najwyższych szczeblach to i między wierszami w mojej notce można wyczytać.

      Usuń
    20. A ja się obawiam, że teraz nastąpi polowanie na czarownice i wyszukiwanie winnych. Może nie było innego wyjścia? Może nie było możliwości użycia helikoptera? Nie wiem czy dostaniemy kiedykolwiek obiektywne relacje bo każde "medium" interpretuje fakty według swoich jakichś tam celów.

      Usuń
    21. alEllu, nauki masz w porządku. Trzeba pamiętać też o pokorze wobec natury.

      Usuń
  12. To jest straszne.
    Właśnie w przed chwilą oglądałem reportaż z dojazdu do tego Obozu.Dojazd od drogi był zawalony przewróconymi drzewami
    Jak podają na tym obozie przebywało około 150 osób. Zginęły dwie dziewczyny a 20 osób przebywa w szpitalu
    Wydaje mi się, że około 50 osób tobyła Kadra a około setka to były dzieciaki.Z pewnością zarówno Kadra jak i dzieciaki byli wszyscy przestraszen

    OdpowiedzUsuń
  13. Coś niesamowitego ! Leżąc pod kropłówką oglądałem telewizję. Oczywiście TVP wykorzystuje okazję by zwiększyć swoją oglądalność wykorzystuje znowu śmierć tych dwóch dziewczynek by zwiększyć swą oglądalność.

    Między innymi poinformowano, ze w Krakowie istnieje organizacja polskich ‘Łowców Burz” .Są to bardzo młodzi ludzie z wyższym wykształceniem, których zadaniem jest obserwacja i informowanie o załamaniach pogodowych:

    Ich namiary to: lofcyburz.pl

    Sprawdziłem. Nie wiem dlaczego zamiast ł jest l

    Pozdrawiam no i oczywiście CZUWAJ Mirek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam o Łowcach Burz - to grupa młodych naukowców, którzy obserwują, fotografują i opisują to zjawisko pogodowe. Jednym z celów ich działalności jest ostrzeganie.

      Usuń
    2. Łowcy Burz tłumaczą, jak można było uniknąć tragedii w Suszku. Uważają, że zawiodło ostrzeganie.
      "Gdyby kierownictwo obozu i ludzie przebywający na polach namiotowych dostali komunikat o nadciągającej niebezpiecznej burzy godzinę przed jej wystąpieniem, tragedii można byłoby uniknąć".

      I apelują: "Polska potrzebuje lepszego systemu ostrzegania".

      Usuń
    3. Jasne, godzina to bardzo dużo czasu na ewakuację.
      Miałaś rację wspominając o systemie ostrzegania. Tym się trzeba zająć zamiast stawiać nowe pomniki.

      Usuń
    4. To oczywiste, że aby był ratunek i ewakuacja, najpierw musi być alarmowanie i ostrzeganie. To wie każde dziecko. W dzisiejszych czasach jest to o tyle łatwe, że istnieje sieć komórkowa, a jeśli nie ma zasięgu, to istnieją inne metody. Kiedyś byłam na obozie w Sobiborze, w którym wybuchł pożar. Przyjechał do nas na rowerze wysłannik leśniczego i skierował na drugą stronę asfaltowej drogi biegnącej przez las. Tam, przy drodze, czekaliśmy na wojskową ciężarówkę, która po nas przyjechała. Jak to było zorganizowane bez komórek i GPSów, do dziś nie wiem.

      Usuń
    5. Wiedzieć, a robić to wielka różnica.

      Usuń
  14. Po tej tragedii raczej nie będzie chętnych.
    Burzowo pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy po katastrofie pociągu lub samolotu maleje liczba chętnych do podróży? Nie wspomnę już o ilości chętnych do jazdy samochodem pomimo, że jest to najbardziej niebezpieczny sposób podróżowania.
      Tragedie się zdarzają, zawsze i wszędzie najczęściej nie mamy na to wpływu.

      Usuń
  15. Bet,Ty tu dużo o namiotach..Wiem,że mi nie uwierzysz,ale wyobraź sobie,że onegdaj kupiłem namiot 3-osobowy typu"Gopło"prod.polskiej z Legionowa. Ten namiot służył mi wiernie jak pies przez 20(słownie dwadzieścia)lat,tj. czynnych sezonów wczasowych!! A w związku z tym,że przemieszczaliśmy się na motorach,a później kajakach w różne miejsca,to w czasie takiego sezonu był rozbijany i zwijany za kazdym razem przeciętnie nie mniej jak 4-5 razy!
    Przysięgam Ci na wszystkie świętości,że nigdy nawet kropli deszczu z sufitu!Czasami tylko ktoś niedbale zapiął zatrzaski podłogi przy wejściu i wtedy mieliśmy mokre skarpetki,ale tylko wtedy,gdy deszcz zacinał od strony wejścia..
    Ale,ale..namiot właściwy był koloru żółtego,lecz tropik był oddzielny,nie wszywany,koloru zielonego-maskującego w lesie przed wzrokiem niepowołanych w zielonych mundurach. Tylko dwa razy nas dopadli przez tyyylee lat.
    Wreszcie stać się musiało..Zlasowała się całkowicie gumowana podłoga i cóż..Na złom,z nieukrywanym bólem.. Ale tropik sobie zostawiłem i kilkakrotnie służył nam jako prawdziwy namiot!!
    Piszesz też o kuchenkach..Raz jeden koleś zabrał kuchenkę benzynową..Zabuzowała nam ogniem po morduchach! Ale to chyba dlatego,że tankowaliśmy paliwo z baku motocykla,a to były MZ-etki z silnikami dwusuwowymi,czyli z dodatkiem oleju do paliwa..Od tego czasu tylko ognisko! Dwa patyki wbite obok z rozwidlonymi końcami,w rozwidlania wstawiało się poprzeczkę,do poprzeczki za pomocą drutów przywiązywało się garnek,pod garnkiem ognicho i ekspresowa kuchnia to była,że hej!
    Teraz jest inaczej,jest samochód..Ale"Już nie ma dzikich plaż,na których.."...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że wytrawny biwakowicz z Ciebie, Waszku. Brawo.
      Sposobów na kuchnie polowe było wiele. Obok tego opisanego przez ciebie można było sobie poradzić używając odpowiednio dużych kamieni i ustawiać na nich garnek.

      Usuń
    2. Oczywiście Beatko! Tylko jak tu w lesie takie kamulce znaleźć? Tylko kije,a tego jest wszędzie pełno!

      Usuń
  16. Bet,dorzucę drew do ogniska,jeśli pozwolisz..
    Wczasy zaczynały się już miesiąc-dwa przedtem. Motory się skończyły,teraz PKP..Cały szkopuł polegał na tym,aby dojechać tam,gdzie jest wypożyczalnia sprzętu pływającego..Wędrówki palcem po mapie,studiowanie czasopisma IMT(Ilustrowany Magazyn Turystyczny)-było coś takiego..W efekcie tego jechało się pociągiem,wypad na stacji,taryfa,dojazd do wypożyczalni,kajaki lub łódź wiosłowa i sruuu..na ok.20 dni szlakiem wodnym przez rzeki i jeziora!
    Wiele szlaków m.in. Czarna Hańcza+Kanał Augustowski,Krutynia,Drawa,okolice Ostródy,Wolsztyna i wiele innych..Reasumując: Jaka piękna jest ta nasza Polska!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie drwa, to rozumiem! Gratuluję turystycznego dorobku:)

      Usuń
  17. Oj, Bet, z takim sprzętem i narzędziami zdeptałem niemal całe Beskidy od Baraniej Góry po Krynicę. No i obozy harcerskie: wperw jako uczestnik, potem jako komndant.
    A dziś:
    "Wyjdzie z harcerza na starość świnia,
    Takie to harce życie wyczynia!"
    ściskam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynam podejrzewać, że gdzieś, na którymś z tych szlaków mijaliśmy się wymieniając zwyczajowe, turystyczne pozdrowienie:))

      Usuń
  18. Do Andrzeja j/w.. Oj,tam,oj tam..Jesteśmy rówieśnikami..Trza się czuć na (powiedzmy 30-tkę).Errata..Nie trzeba mówić trza,trza mówić trzeba..

    OdpowiedzUsuń
  19. Witaj Beatko :)
    Pozwoliłam sobie przesłać na Twój adres mailowy kilka fotek :) Na pudełku z napisem "Menażka harcerska" jest pieczątka daty produkcji "1989 rok". Te menażki są nowiuteńkie, nigdy nie były używane. Czajniczek kilka razy stał nad prymusem. Najcenniejszy w tej kolekcji jest, duży, aluminiowy pojemnik na żywność. To prezent od Andrzeja Heinricha. Taki pojemnik był na wyposażeniu każdego himalaisty. Zabieram ten pojemnik na każdą wycieczkę. Towarzyszy nam od ponad 30 lat.
    Pozdrawiam :)
    Elżbietka53

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za zdjęcia i wspomnienia. Czytaj pocztę@ - knuję tajny plan dotyczący Twoich menażek:))

      Usuń
    2. Ciekawe, co w tych menażkach się wysmaży? Już przebieram nogami z ciekawości.

      Usuń
    3. Mam nadzieję na smakowite danko przyprawione sporą dawką emocji

      Usuń
    4. alEllu,ja wiem,co się wysmaży..GROCHÓWKA!

      Usuń
  20. m_16lobo@poczta.onet.pl16.08.2017, 11:10

    A hoj Beś-Bet-Beatko! A hoj,urocza kobietko!

    OdpowiedzUsuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.