sobota, 9 września 2017

Dylematy cynamonowe i inne też



        Cynamon jest symbolem ciepła, bezpieczeństwa i serdeczności. Kto ma jakieś negatywne skojarzenia związane z tym zamorskim produktem tego wzywam w pojedynek na cynamonowe laski!

        Ale uwaga! Czy cynamon to cynamon? Nie wiem co „sprzedawał” w swoich sklepach Bruno Schultz, ale to co mam w mojej współczesnej spiżarni to… Chyba jakaś indonezyjska podróbka. Szlachetny cynamon sprzedają w apteko-zielarniach i wygląda tak.

 
        Mam ochotę na parówki. Miło wspominam smak i zapach gorących, grubych kiełbasek, których skórka przyjemnie chrupała przy nadgryzieniu. Po brodzie ściekał smakowity sosik. Na regale dumnie stoją różne rodzaje szczelnie zafoliowanych parówek i paróweczek. Cienkie oraz grubsze, pakowane pojedynczo i grupami. Wieprzowe, drobiowe, mieszane i bezglutenowe. Zaraz, zaraz czy parówka  jeszcze jest parówką? Niekoniecznie, bowiem etykieta poucza, że mięsa jest w niej 52, 56, 83 procent… 

        Parówki i tak mają lepiej od pięknie i kolorowo opakowanych wędlin. Główny napis na zgrabnej paczuszce zachęca sloganem: ”Znamy się na tym co dobre”, poniżej odcisk pieczęci „gwarancja jakości” i dodatkowo, aby było bardziej światowo „Premium Quality”. Na odwrocie opakowania praktyczna etykieta lojalnie informuje o składzie produktu nazwanego polędwicą wieprzową: mięso wieprzowe 67% a wśród pozostałych składników 11 rodzajów substancji E-ileśtam oraz aromat dymu wędzarniczego i kilka alergenów takich jak seler i jaja. Hmmm… Wyszło mi, że to produkt wędlino-podobny. A tak naśmiewaliśmy się niegdyś z wyrobów czekolado-podobnych!

        Dziś na obiad będą pierogi ruskie obowiązkowo okraszone skwarkami ze słoninki. To na poprawienie smaku bo wczorajsze kotlety schabowe zakupione w pewnej znanej sieci smakowały jak tektura. Rozpoczyna się więc polowanie na słoninę. W witrynie chłodniczej widzę rulony cienkiej jak kartonik, białej substancji. Nie ma etykiety, ale przecież nie może to być nic innego niż słonina ze współczesnych odchudzonych świnek. W innym, małym rodzinnym sklepie, wypatrzyłam kawałek o solidnej grubości. Radość moja nie zna granic aż do momentu jej stopienia. Rozczarowanie. Zapachu oraz smaku brak. Etykieta mnie nie ostrzegła przed zakupem!

        Jakież te zakupy trudne teraz. Przy regałach wciąż trwają telefoniczne konsultacje:

- jakie masło kupić, ile procent tłuszczu ma mieć? A śmietana ile? Jakiej firmy? Jest margaryna o smaku masła, brać? Serek w kubeczku czy w płaskim opakowaniu?

Konsumencie! Zanim kupisz – studiuj co napisane. Przy zakupach konieczne okulary! Dzieci, uczcie się matematyki, zwłaszcza działu o procentach i zgłębiajcie chemię. 



Stop. Drrr… Przekręcam maszynkę czasu i cofam się aż na początek drugiej połowy dwudziestego wieku czyli wyśmiewanego okresu PRL.

        Wtedy to do sklepu na zakupy można było posłać nawet dziecko z prostym poleceniem:

- kup mi chleb, masło, ser żółty i śmietanę ze złotym kapslem.

Wiadomo było co dzieciak przyniesie. Żadnych niespodzianek, żadnych dylematów! Masło to masło, a chleb to chleb. Tym bardziej, że w pobliżu była piekarnia ten sklep zaopatrująca. Wieczorami w powietrzu unosił się rozkoszny chlebowy zapach, który kusił do zakupu pieczywa wprost od piekarza. Czemu nie? Wieczorny spacer do piekarni bardzo miły był. Lśniące rumianą skórką bochenki na półkach, a w drewnianych skrzyniach rozmaitość bułek, plecionek, obwarzanków! Ach, trzeba uważać aby nie poparzyć rąk. Gorące i pachnące te wypieki. 

Zakupy w mięsnym to już bardziej skomplikowana sprawa. Gospodynie domowe kupują osobiście bo tu trzeba znać się na gatunkach wędlin i rodzajach mięs. Chętnie towarzyszę w tych sprawunkach bo uwielbiam panujący w sklepie zapach wędzonek. Kubki smakowe i ślinianki szaleją. Można nasycić się samym zapachem, który sprawia, że mało komu przychodzi na myśl wegetarianizm. Phiii… Sałata zamiast smakowitego, wędzonego boczku? Cholesterol wtedy nie istniał /w naszej świadomości/ a więc hulaj dusza – piekła nie ma! Kiełbasiane kiełbasy i mięsne mięsa pachnące mięsem! Och!

Na zakończenie wizyta w sklepie jarzynowym gdzie dominującym zapachem jest aromat kiszonej kapusty stojącej w wielkiej beczce obok lady. Sklepowa nabiera ją drewnianymi szczypcami i ładuje do podstawionych przez klienta pojemników. Garnek, miska, słoik co kto ma, aby sok nie kapał na stopy. Transportując zakup można podjadać czerpiąc palcami smakowitą przekąskę lub upijać nadmiar soku.

Zakupy skończone, przed drzwiami stoi butelka pełna mleka /abonament opłacony/ będzie więc domowy twarożek lub smakowity, gruby mleczny kożuch. Taki kożuch położony na chleb i posypany cukrem to pradawna „mleczna kanapka”. Wielu ówczesnych „kinderów” się tym zajadało.

Ot i zakupowych dylematów tyle co kot napłakał dawniej bywało.

 A teraz to się nam w głowach poprzewracało. Jak cynamon to tylko z Cejlonu! Też coś, hi, hi, hi…




29 komentarzy:

  1. Klik dobry:)
    Ja mam dylemat z chałwą. Chałwy mają w składzie syrop glukozowo - fruktozowy, utwardzony olej, emulgatory, aromaty, jakąś kaszę, tartą marchew z przyprawami, ekstrakt z mydlnicy lekarskiej i czort wie, co jeszcze. A gdzie moja chałwowa chałwa sezamowa?

    PS. Też mam taki cynamon. A moja siostra kupiła cynamonowe laseczki cejlońskie. My możemy, tym zmielonym cynamonem, co najwyżej sypać po oczach. :)))

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja znalazłam seler oraz jaja w torebce nasion gorczycy. Seler występuje praktycznie w każdym produkcie jako główny alergen.
      Chałwa sezamowa może w Turcji jest? czort wie zresztą bo ichnich etykiet nie odczytasz.

      Usuń
    2. Turecką chałwę zakazywała jeść Unia Europejska.

      Usuń
  2. A pamiętasz Bet, że ta kapusta kiszona nie była taka biała jak teraz (bo podobno octu dodają, żeby szybciej była kwaśna) tylko lekko żółtawa. I jak pachniała. A z beczki to jeszcze ogórki były, też szczypcami nakładali i wodę do słoika. Pamiętam też mleko nalewane z dużej bańki takimi metalowymi czy aluminiowymi łyżkami w kształcie walca. I z kanką (bańką) się do sklepu szło. To były czasy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. iwono, inne kapusty wtedy "robili" podobnie jak inne były też świnki i ich słoninka. Nic nie smakuje teraz tak jak dawniej.
      Przy kiszonkach trzeba uważać. Te z octem nazywają "kwaszonymi" a bez octu "kiszonymi". Albo na odwrót, nigdy nie pamiętam więc na wszelki wypadek nie kupuję ich:))

      Usuń
    2. Cześć Beciu, kwaszone na pewno są z octem, więc trzeba je omijać.
      A pamiętasz jakie były gatunki żółtych serów? Edamski, Gouda, Ementalski, Tylżycki, jeszcze chyba Salami i wszystkie można było smakowo odróżnić. Dzisiaj jest ich trzy razy tyle a smak jednakowy. Pozdrawiam! :)

      Usuń
    3. No właśnie, mnogość gatunków przy mizerii ich różnic smakowych jest w moim odczuciu uciążliwością podczas zakupów. Tęsknie wtedy do gatunku "ser żółty":)))
      Pamiętam też ser żółty w kolorze pomarańczowym, który pochodził z "darów" ale to już było podczas zaopatrzeniowego kryzysu. Ser ten smakował wówczas wybornie ale chyba nie był to najszlachetniejszy z serów.

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Piotrze, też pozdrawiam:)) Byłam, widziałam.

      Usuń
  4. W większości masz rację o smakach...Ja przeżyłam swoiste "smakowe" przyjemności gdy po raz pierwszy przyjechałam do starej EU..Tylko kiedyś smakowo może było lepiej ale kolejki zwłaszcza w mięsnym mnie osobiście dobijały. I nie mam tylko na myśli czasów "octowych". Pachnieć pachniało - w mojej pamięci potem zdenerwowanych kobiet (zwłaszcza latem) i kłębiący się tłum ich ,w dodatku mało życzliwych. W sześćdziesiątym ósmym roku udało mi się raz zemdlec właśnie w mięsnym. Był upał ,ja z brzuchem pod nosem stanęłam w kolejce bo jak usiłowałam prawnie niejako uczynić zakup to mnie odesłano do kolejki (bom młoda i mogę sobie postać). No to zemdlałam.Nie ,nie na złość tylko z upału ,smrodu potu i wspaniałych wyrobów. Inna sprawa ,że po ocuceniu dostałam wszystko co chciałam prima sort.
    Teraz na szczęście mam sklepy polskie tu u siebie i nie muszę jeść trawy holenderskiej. A co w tych polskich wyrobach jest ,jaka chemia to już mnie mało interesuję bo ileż ona mi może jeszcze zdrowia napsuć??? al Ellu- ja tu chałwę sezamową kupuję u Turka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renatko, moje wspomnienia smakowo-zapachowe pochodzą z okresu gdy jeszcze nie było szalonych kolejek i zdobywania towaru. Panie w masarni, owszem tworzyły czasem niezły tłumek oczekując na dostawę towaru. Prawa kobiet ciężarnych były na ogół respektowane. Co prawda często przy mało przyjaznych pomrukach ale jednak były.
      Twoje traumatyczne przeżycia należy traktować chyba jednak incydentalnie.

      Usuń
    2. O! Czyli dopuściła Unia Europejska turecką chałwę na swoje rynki. Pamiętam, jak Turcy walczyli o to. Chodziło o jakąś truciznę zakazaną w UE, a używaną przez Turków do spieniania masy karmelowej przy produkcji chałwy.

      Usuń
    3. Może to chałwa z przemytu...

      Usuń
  5. W "tamtych czasach", ja miałam ciocię Helę (siostra teściowej), która pracowała w jednym spożywczym sklepie, gdzie był duży dział mięsny. Nie stałam w kolejkach. A smaki ciążowe miałam z wyższej półki, (n.p. ananas z puszki, który widziałam raz w peweksie)...
    Dzisiejszych etykietek na produktach nie czytuję na wszelki wypadek. Nie kupuję półproduktów, a co mogę, to staram się BIO. Do polskiego sklepu chodzę głównie po twarożek "prawdziwny" i inne mleczne jak kefir czy maślanka.
    Niestety, porobiło się jak się porobiło i już nie wróci epoka, kiedy był jeden renomowany producent na rejon a reklamą jego produktów była jakość...
    A filmik świetny :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, epoka nie wróci i smaki nie wrócą. Nowoczesna technologia dotknęła także produkcje żywności i nic na to nie poradzimy. Nawet produkty z upraw BIO bywają kontrowersyjne.
      Dlatego też utrwalam wspomnienia dla potomności. Niech młodzi wiedzą, że kiełbasa niegdyś była robiona z mięsa i wędzona prawdziwym dymem.

      Usuń
  6. Myślę, że gdybyśmy powrócili do sprzedaży bez opakowań to szybciej byśmy się pozbyli tych plastikowych odpadów. Pamiętam, że bardzo dużo produktów sprzedawano "na wagę", czyli tyle ile się ukroi, oddzieli, odłamie, i pakowano to w papier, albo opakowanie klienta. W taki sposób sprzedawano też takie płyny jak: barszcze, zakwasy, żury, oleje, miody płynne, przetwory mleczne, kwas ogórkowy (idealny napój na kaca), i tp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że sprzedaż luzem jest proekologiczna. Niestety niemożliwa do zastosowania w systemie sprzedaży marketowej i współczesnym systemie obrotu żywnością.
      Ja staram się, gdy to tylko możliwe, unikać opakowań sprzedawcy. Można to robić na bazarze owocowo-warzywnym. Chodzę tam ze swoimi pojemnikami na żywność. A wędlinę w próżniowym opakowaniu kupuję w stanie wyższej konieczności np do celów opisania w blogowej notce! Naprawdę.

      Usuń
  7. Wielką przyjemność zrobiłaś mi tym postem. Wczoraj syn robił mi zakupy w Biedronce, poprosiłam o winogrona, bo w telewizyjnej reklamie było powiedziane, że bardzo tanie. Gdy sprawdziłam rachunek okazało się, że zamiast 4,49 za kg naliczono po 8 zł. W tej chwili oszukuje się społeczeństwo na jakości, wadze i cenie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, życie potwierdza paskudne praktyki. Okazuje się, że czytać należy nie tylko etykiety ale i paragony przy kasie!
      Przyznaję, że paragony sprawdzam bardzo rzadko.
      Oby przynajmniej te winogrona smakowały:))

      Usuń
  8. Oj chyba musze odwiedzic polski sklep, smaka mi narobilas na wedline. Polskie jedzenie i tak jest o niebo lepsze niz to w UK np.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. toya, masz rację, że Polskie jedzenie jeszcze jest lepsze niż w reszcie Europy ale niebezpiecznie zbliżamy się do europejskich standardów:))
      Znalazłam w UK trochę smakowitych jedzonek. Pisałam o tym tu
      angielskie wielkie żarcie

      Usuń
  9. Ja byłam przekonana, że w Europie Zachodniej jest lepsza jakość jedzenia, bo kontrola jest pewniejsza, naszej nie zawsze można wierzyć. Ponadto większa świadomość dobrego jedzenia i czytania etykiet. U nas rzadko patrzą na skład.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polscy producenci żywności są zobowiązani do przestrzegania norm EU i podlegają kontroli według unijnych standardów. W tym upatruję zbliżenie do obniżenia smaku:(( Niestety wiele naszych produktów jest podobnie niejadalnych jak w reszcie EU. Do niedawna byliśmy, moim zdaniem, smakową wyspą. To już przeszłość. Jest to moje, bardzo subiektywne zdanie.
      Pozdrowienia odsyłam nie mniej serdeczne niż te Twoje:))

      Usuń
  10. Bet, to w opakowaniu KAMIS`A cynamon jest "lewy"?
    Okrutne są te Twoje wspominki o tamtych parówkach i nie tylko.

    W drugiej po koniec lat pięćdziesiątych i w sześćdziesiątych na parówki od czasu do czasu (w zależności od zasobności kieszeni), chodziłem do kawiarni, w której podawano PARÓWKI. Smak ich do dziś pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lewy jest ci on lewy... W tym sensie, że mniej szlachetny. Też żyłam w nieświadomości i zjadałam ten gorszy bez protestu:)) Może to jest ten przypadek, że nadmiar wiedzy szkodzi?

      Usuń
  11. Witaj Bet! Zaintrygowałaś mnie..Znałem słowo,ale nie znałem znaczenia.. Sprawdziłem w encyklopedii..:"cynamon-aromatyczna przyprawa"..No to wącham:niuch,niuch,niuch..Nic..mój komp jest bezzapachowy,niestety..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważaj, Waszku, niuchanie czasem szkodzi:))

      Usuń
  12. A jeszcze a propos parówek... Przypomniało mi się, jak czytałam sobie (obowiązkowo), Krzyżaków - miałam mieć jakąś klasówkę... Czytam jak to Danuśka z "obstawą" do karczmy zajechali, zdrożeni... Zmęczonym podróżnym wniesiono jajecznicę obłożoną gorejącymi jeszcze parówkami...
    Moje wszystkie "czujki" poczuły smak i ZAPACH, obraz parujących parówek przesunął sie pod powiekami... a tu noc głęboka, soki trawienne szaleją... Idę do kuchni, do spiżarki... jaja (od sąsiadki z farmą kurzą), nudzą się w dużej misce, a parówki ani, ani!... I znikąd pomocy!...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takim znudzonym jajkom warto dać szansę. Moja znajoma w chwilach nocnego napadu głodu pakuje jajeczko do słoika, do tego kapkę mleka oraz mąki i wprawnym ruchem barmana "szejkującego" drinki miksuje produkt na naleśniczek. Porcja w sam raz na małą patelenkę, która stoi w pogotowiu:)) To dopiero jest zapach!
      Wracając do Danuśki- wspominam, że Zbyszko podsuwał jej co tłustsze kąski z misy:))

      Usuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.