piątek, 27 lutego 2015

Sardynka z programu nauczania



        Gdy w lodówce pusto sięgam do żelaznych zapasów w postaci konserw. Jest, jest! Warstwa pudełeczek z sardynkami w pojemniku na najniższym poziomie lodówki. Sardynki, oraz inne konserwy na „czarną godzinę” kupuję przy okazji, gdy trafi się promocja lub zachęci reklama. Hmm… No cóż, nikt nie jest doskonały i nie ma szczepionek na reklamy.

        Czarna godzina na szczęście nie nadchodzi, ale czasem trzeba lodówkowe rezerwy naruszyć. Mam sardynkę, mam biały ser fachowo zwany twarogiem więc będzie groźnie – Awanturka z Sardynką. Tak brzmi nazwa potrawy. Nauczyłam się tego na zajęciach praktyczno -technicznych w szkole podstawowej. Duża urosłam i nadal pamiętam zarówno nazwę jak i wykonanie i nadal preferuję wyłącznie ten rodzaj awantur. Hi, hi, hi!

        Biały ser rozgniatam widelcem. Cebulkę niedużą siekam na drobno i dodaję do sera. Otwieram puszkę sardynek. Upajam się zapachem rybek zatopionych w złocistym oleju. Delikatnie pozbawiam je rybich kręgosłupów. Fuj, precz! Fileciki rozdrabniam, ale nie za bardzo, widelcem i mieszam z twarogiem i cebulą. Dodaję im do smaku sól i pieprz. Taaa - daam!  Gotowe. Dla „bajeru” dekoruję kleksem ketchupu oraz kiełkami cebuli, które samowolnie wyrastają z główek leżakujących zbyt długo na kuchennym parapecie. Smaczne!  
 

Oto jak solidne wykształcenie gwarantowała peerelowska ośmioklasowa szkoła podstawowa. Dowód załączony na obrazku. Dodam, że na innej lekcji zajęć praktyczno-technicznych nauczyłam się rozkręcać wtyczkę do gniazdka z prądem. Dzięki temu potrafię naprawić wyłącznik prądu przy lampie, która mruga. Ot, co!

Wracam do sardynek. Sprawdzam w poradniku dla prowadzenia gospodarstwa domowego wydanego w 1958 roku co piszą na ten temat. W broszurce pod tytułem „Zakąski”  czytam:

Sardynki w oliwie należą do jednej z najsmaczniejszych przekąsek. Po otwarciu puszki, należy sardynki ostrożnie wyjąć, aby się nie połamały. Na półmisku ułożyć jedną obok drugiej. Półmisek ubrać sałatą lub inną zieleniną używaną do przybierania. Cytrynę pokrajać w ćwiartki i obłożyć nią sardynki. Oblać oliwą pozostałą w puszce.


Nie jest nam dane smakowanie świeżych sardynek zwanych w krajach śródziemnomorskich „niebieską rybą” , która jest popularnym tam daniem. Sardynka smażona, sardynka z grilla… Nam pozostaje rozkoszowanie się ich konserwowaną formą. Też niezłe.






       

93 komentarze:

  1. Przypomnieć wypada, że w PRL sardynki w puszkach były dobrem luksusowym. A patrząc na zaprezentowana książkę, tytuły i rysunki, przypomina mi się fraszka - nie pamiętam czyja:
    A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
    że Polacy nie jedzą, tylko zakąszają.
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdjęcie ilustracji z broszurki porad gospodarczych prezentuję jako prowokację do wspomnień biesiadnych w owych czasach.

      Usuń
    2. Kawałkiem sardynki można zakąsić, ci co zakąszają to potwierdzają, tu fraszka anonima jak najbardziej adekwatna.
      A danie przyrządzone przez Bet jest bardzo wartościowe dla organizmu:)

      Usuń
    3. Andrzej Rawicz radzi aby kręgosłupki zostawiać. Kto nie jest "obrzydliwy" niech zjada z kosteczkami.

      Usuń
    4. Te kręgosłupki to podobno naturalne źródło wapnia. Bez oporu je zjadam, co nie mogę powiedzieć o owocach morza, niektóre mam wrażenie, że się ruszają...

      Usuń
    5. Pal sześć gdy się ruszają, zawsze jest nadzieja, że uciekną z talerza. Znacznie gorzej gdy się tylko trzęsą... Brrr...

      Usuń
    6. Bet,ale są takie,co spieprzają z talerza,aż się kurzy! Tylko widelca na talerzu poczują,albo pałeczki..

      Usuń
  2. Sardynka była wielce poważanym artykułem dostępnym w PEWEX-ie nawet. Bo w zwykłych sklepach to chyba nie? Nie pamiętam skąd mieliśmy sardynki, które jadaliśmy od czasu do czasu. Pamiętam, że czasem podawano je na stów wraz z puszką o odkręconym na specjalny kluczyk wieczkiem. Taki szpan był chyba?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko w PEWEX ale również w sklepach DELIKATESY

      Jezeli chodzi o inne ryby to ja bardzo lubiłem wpadać do Radzieckiego Klubu Oficerskiego do piwiarni. W tej ichniej piwiarni mieli bogaty wybór piw zarówno radzieckich jak i niemieckich . Do tego piwa dodawano bardzo suchą rybę syberyjską "Obła". Ta ryba rozpływała się prawie w ustach. Była słona a na dodatek miała smak wędzonki

      Usuń
    2. Nie każdy miał dostęp do takich miejsc. Suszona ryba? nigdy nie miałam okazji spróbować.

      Usuń
    3. No właśnie,taki szpan..

      Usuń
  3. Alkochol pity bez toastów to jest podobno "pijaństwo"> .
    Na przykład toasty "muzyczne":
    >"Jan Zebastian Bach !"
    >"Szopen gdyby żył, to by także pił !"

    A pić też można róznie na przykład:
    >""Pod listę lokatorów".
    >"Pod manufakturę"

    A wiecie jak się sporządza grog marynarski ?
    Nalewa się szklankę dobrej mocnej herbaty.
    Wylewa się tą herbatę za burtę.
    Nalewa się szklankę dobrego rumu
    No i ten rum sie wypija !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie, toasty są bardzo ważne. No to: "za tych co na morzu", "zdrowie pięknych pań oraz tu obecnych", "zdrowie na budowie":)))
      Grog marynarski jest super!

      Usuń
    2. Zastosuję.

      Usuń
  4. Mam podobne odczucia co do jakości nauczania w PRL, z tą tylko drobną różnicą, że ja zauważyłem to dopiero w szkole średniej. Na zajęciach z praktycznego wychowania, czy godziny wychowawczej, prowadzono właśnie takie kursy, m.in. szycia, naprawy AGD, savoir vivre"u, tańca, a nawet posługiwania się sztućcami przy stole.
    Co do sardynek to muszę Cię zmartwić, wyrzuciłaś to co najwartościowsze. Te kręgosłupy (a także ogonki jak się trafią), chociaż niesmaczne, zawierają najwięcej kwasów omega właśnie w tej masie pomiędzy kręgami. Na szczęście te małe kosteczki dają się pogruchotać widelcem i po zmieszaniu z mięsem są PRAWIE niewyczuwalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie czyni wielka różnicę:))) Masz rację, można i z kosteczkami, nie są aż tak bardzo przykre. Ale, ja kręgosłupów nie jadam. Nawet z wędzonych szprotek je wydłubuję. Zjadam za to ogonki smażonych pstrągów jeśli są chrupiące.

      Usuń
  5. Fakt - sardynki zawsze były w "cenie" jako artykuł uniwersalny. Pastę twarogowo-sardynkowa uzywamy do dziś z tym, że dodajemy masełko /nie trzeba chlebka smarować/ i ciach-ciach w małe kosteczki ogóreczka kiszonego.
    Kiedys jak się kupowałó sardynki w puszcze to w puszce były ........sardynki !!!. Dzis proszawdzać na opakowaniu bo przeciętnie w puszce jest 45-50% sardynek. Kupujemy sardynki w małych, płaskich, okrągłych, czarnych puszkach /producenta nie pamietam/, w których sardynek jest 86%.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OK, będę polować na czarne, okrągłe puszki. W latach 1990-1995, gdy zachłystywaliśmy się otwartością granic zachodnich oraz markety ALDI wydawały się luksusem - właśnie tam kupowaliśmy sardynki. Jako coś dobrego. Obok sardynek, atrakcją z ALDI były owocowe jogurty. Ach, gdzie te dawne zachwyty...

      Usuń
    2. Rzadko kiedy chwalę PRL, ale uważam, że ówczesne sardynki były nie tylko większe i było ich więcej w puszce, lecz przede wszystkim były one dużo smaczniejsze niż obecnie. Mam na ten temat własną "teorię spiskową", mianowicie sądzę, że nasi obecni handlowcy szukają jak najtańszych produktów, kupują za grosze, a nam sprzedają jako towar pierwszej klasy. (Kiedyś przeczytałam artykuł w gazecie na temat sprowadzanych do naszego kraju włoskich przetworów pomidorowych, z którego dowiedziałam się, że tak postępują nasi polscy dostawcy i to on mnie zainspirował do takiego myślenia). Bardzo smaczny wpis ;)

      Usuń
    3. 10 grudnia 1982 r. Polska podpisała Konwencję Narodów Zjednoczonych o "prawie morza"
      http://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_morza
      i w ten sposób skończyło się nasze panowanie na dalekich łowiskach. A warto wspomnieć, że w PRL byliśmy szóstą potęgą na świecie. Takich ciekawych i tanich rybek jak w PRL już nigdy nie będziemy jeść na tej "Zielonej Wyspie Tuska". Bo przecież to nie obywatelom ma być dobrze, tylko wielkim armatorom zajmującym się dalekomorskimi połowami.

      Usuń
    4. Evo, co do jakości sardynek w PRL wypowiadał się nie będę, wiem wszakże, że to co trudno dostępne, albo do nabycia w Pewexie, albo w ogóle zagraniczne zawsze lepiej smakowało, jak choćby ta "Klubowa" nalewana do kieliszków z butelki po winiaku.
      A co do taniości, Andrzeju, to rzecz względna. Będąc pierwszy raz na Zachodzie zdziwiłem się, że ziemniaki, pomidory i pomarańcze są - mniej więcej - w jednej cenie, wynoszącej około jednego dolara, gdy w PRL np. pomarańcze było 10 czy nawet 20 razy droższe od ziemniaków czy jabłek. Kilogram dobrej wędliny kosztował bodaj 6 czy 8 razy więcej, niż kilogram wędzonego dorsza. Czy to pomarańcze i wędliny staniały? Czy ziemniaki i dorsze podrożały?
      Prawda, z żalem wspominam prymitywne bary na Wybrzeżu, gdzie w porze letniej można było najeść się do syta smażonym dorszem za cenę przystępną dla ubogiego studenta. A jeszcze narzekano: "Jedzcie dorsze, gó... gorsze".
      allensteiner

      Usuń
    5. Evo, prawda leży zapewne pośrodku. Handel oszukuje konsumentów ale tak chyba zawsze bywało. Może teraz więcej na ten temat wiemy a może naprawdę rynek jest bardziej agresywny i mniej dba o konsumenta? Komu wierzyć? Dziś usłyszałam, że obecna wieprzowina dzięki zabiegom hodowlanym jest tak zdrowa i korzystna dla ludzi jak nigdy dotąd. A wszyscy tęsknimy za smakiem tej dawnej, ponoć niezdrowej, nadzianej cholesterolem i zagrażającej zawałem serca. No to jak to jest? Kiedy bardziej o nas dbano?

      Usuń
    6. Andrzeju, ryby wszędzie już są drogie i trudno dostępne. Nawet w krajach śródziemnomorskich. Prawo handlowe działa bezwzględnie. Nawet w krajach śródziemnomorskich w hotelowych restauracjach są one serwowane rzadko. Podobnie rzadko można je kupić wprost od rybaków, przynajmniej w miejscowościach turystycznych, a więc dla nas dostępnych. Nie wiem, może tylko ja miałam takie doświadczenia, może nie jest to powszechna reguła?

      Usuń
    7. Allensteiner, pamiętam to powiedzenie o dorszach:)) Często wspominam płacąc teraz ponad 40 zł za kg fileta z dorsza. Teraz to luksus - dawniej ryba dla biedaków.
      Może faktycznie wyjedliśmy już większość tych oraz innych ryb? Część z nich na pewno wytruliśmy ściekami i chemią.

      Usuń
    8. Kwestię cenową doskonale wyjaśnił Allensteiner, ja tylko dodam, że jeżeli ta "Globalna wioska" ma mieć jakiś sens to regulacja cen (poprzez regulacje produkcji) jest nieodzowna, inaczej szybko wrócimy do handlu "złoto Inków za szklane paciorki". Dlatego cena ziemniaków i np. pomarańczy powinna być taka sama zarówno w UE jak i np. w krajach bananowych. A na razie jeszcze nie jest.
      PRL-owskie nadmorskie smażalnie ryb jeszcze mi się śnią po nocach. Porcja 30-40 dkg. dorsza kosztowała tyle co dwie porcje lodów. Ale turyści woleli jeszcze tańsze wędzone flądry, które można było kupić prawie wszędzie od miejscowych rybaków. 1 kg łososia (czy tańszego węgorza) kosztował równowartość 0,3 l. wódki. No i oczywiście bezmiar świeżo wędzonych szprotek ....

      Usuń
    9. A świeże, niesolone i niewędzone śledzie? Rybacy traktowali je jako rybi chwast i dawali prawie darmo.

      Usuń
    10. Fakt, najtańsze były ryby kupowane od rybaków wprost z kutra. Te niesprzedane szły za pół darmo, albo rybacy nawozili nimi pola (!). Na śledzie nie trafiłem, ale dorsza i węgorza najadłem się za wszystkie czasy.

      Usuń
    11. Takie nieprzetworzone śledzie zwane w handlu "zielonymi" można było czasem, bardzo rzadko, kupić w sklepach rybnych. Przynajmniej do nas, na południe kraju trafiały bardzo rzadko.

      Usuń
    12. Powiedzenie "jedzcie dorsze, bo g....o gorsze" narodziło się prawdopodobnie w okresie tuż powojennym. Brakowało wówczas mięsa, toteż młoda władza ludowa zachęcała do spożywania ryb. Przede wszystkim były to dorsze, które sprzedawano na rikszach wyposażonych w niewielkie platformy bagażowe. Obłożone kawałkami lodu ryby leżały i czekały na nabywców. Ponieważ ludzie kupowali je niechętnie, to po jakimś czasie, gdy lód się roztopił, zaczynały cuchnąć, zwłaszcza w lecie. Pewnie właśnie dlatego powstało to humorystyczne powiedzenie. W moim domu rodzinnym słyszałam je w dzieciństwie bardzo często.
      Władza ludowa starała się wpłynąć również na inne zwyczaje żywieniowe Polaków. Na warszawskiej Pradze przeprowadzano swoistą kampanię edukacyjną w tym zakresie. Moja mama zapamiętała, że pewna działaczka Ligi Kobiet w swojej pogadance dla zgromadzonych na podwórku mieszkańców naszej kamienicy pouczała gospodynie, że słonina jest bardzo niezdrowa i dlatego należy zupę i ziemniaki "kopereczkiem krasić". Widać agitacja nie odniosła zamierzonego skutku, bo mamę ten "kopereczek" zamiast słoniny zawsze śmieszył.

      Usuń
  6. Zgodnie z rozporządzeniem stosownych ministrów z 1947 roku np. parówki składały się z 90 % wieprzowiny chudej, 5 % wołowiny i 5 % tłuszczu. Co tu gadać o zawartości sardynek w puszkach, gdy trudno o szynkę, która się składa z szynki...
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Dlatego z nostalgią wspominamy smak wędlin z dawnych lat. Nawet najprostszych, proletariackich jak salceson i pasztetówka. Wszystko to było jadalne.

      Usuń
    2. Bet,ja tam nie jestem miłośnikiem,ale tamten ustrój mi jakoś nie odpowiadał. Ten zresztą też nie,czekajmy na Utopię.

      Usuń
  7. Zapomniałam o tym przepisie (zdaje się u kogoś podpatrzyłam połączenie tych dwóch składników) i przyznam, że smakowało.
    Częściej zajadam się pastą z makreli wędzonej z natką pietruszki (taki leniuch ze mnie, że nic więcej już tam nie dokładam) nałożoną na kromkę chleba razowego.
    Bet, bardzo dziękuję za przypomnienie, żelazny zapas kupię sobie, bo naprawdę mam ochotę na tą potrawę. Pozdrawiam, udanego wypoczynku życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akwamarynko, smacznego życzę. Do makreli dobrze jest dodać trochę majonezu. Oczywiście jeśli nie boisz się cholesterolu:)))

      Usuń
    2. Zaczynam się go bać, ale majonezem dosmaczam co niektóre potrawy:)

      Usuń
    3. Nie bój się. Majonez w rozsądnych ilościach nie zrobi ci krzywdy:)

      Usuń
    4. Nie boję się majonezu, stres gorszy, to ukryty winowajca wielu chorób, także i sprawca podwyższonego cholesterolu.
      Spróbowałam majonezu z makrela i z natką. Smaczne!

      Usuń
    5. Niektórzy mówią, że z majonezem nawet podeszwa smakuje:)))

      Usuń
  8. Ach, sardynki hiszpańskie, portugalskie były, w rzeczy samej, w sklepach zwanymi, "delikatesami", no i w pewexie. Sokiem z cytryny pokropione, z kręgosłupem zjedzone i zapite wychłodzoną mocno Wyborową.

    Podobnie, jak Ty, Bet, puszki sardynek leżą i czekają. Albo na smak, albo, gdy wiatr w lodówce hula, a jeść się chce.

    Mix z białym serem smakuje mi (gdy ktoś to przygotuje), ale to zbyt dużo pracy jest, w sytuacji, gdy kiszki grają marsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Typowo męskie spojrzenie na sprawę: rozdziabanie widelcem sera z rybą to "za dużo pracy" :))) Dla mnie większym problemem jest otwieranie puszek. Jeszcze niekiedy zdarzają się takie bez kapselka ułatwiającego tę operację.
      A specjalny "kluczyk" z dziurką dołączany do puszek z sardynkami? TYlko sardynki miały takie coś i to też podnosiło ich rangę.

      Usuń
    2. Myślę, że mogę rozstrzygnąć Wasz spór o sposób przyrządzania i jedzenia z prostego powodu, ja bowiem dopuszczam wszystkie opcje.
      Kiedyś, mając do dyspozycji ok. 2-3 min. na zakupienie żywności i zjedzenie jej, kupiłem w sklepie makrelę wędzoną, i przed stojącym obok sklepu koszem na śmieci (co by tam skapywał olej) zacząłem ją "tymi ręcamy i a' vista" dzielić i prawie połykać w całości.
      Sardynki też kiedyś przygotowywałem, ale nie z serem białym, tylko z gotowanym jajkiem na twardo, siekaną cebulką i pietruszką, majonezem, i drobno posiekanymi grzybkami marynowanymi. Oczywiście do tego potrzebna jest: atrakcyjna partnerka na "kolację ze śniadaniem", białe wytrawne wino, świece zapachowe, oraz uroczysty i intymny nastrój. Zapewniam, że taka kolacja smakuje wybornie i prawie tak samo jak w.wym. makrela. :)

      Usuń
    3. O, sardynka z jajkiem warta jest wypróbowania. Brzmi smacznie. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że ryb nie należy łączyć z twarogiem oraz innymi serami. Ktoś określił to jako błąd żywieniowy. Nie uzasadnił jednak dlaczego więc nadal tkwię w nieświadomości i zjadam bez szkody na zdrowiu.

      Usuń
    4. Rawicz, atrakcyjne partnerki w PRL były, ale z zapachowymi świecami to chyba przesadziłeś,,,
      allensteiner

      Usuń
    5. No tak, świec zapachowych w PRL nie było, trzeba było sobie radzić inaczej. Wystarczyło kilka kropel do roztopionej stearyny palącej się świecy (najlepsza gromnica), i zapach rozpływał się na kilka godzin.

      Usuń
    6. Kropel czego?

      Usuń
    7. No właśnie, kropel czego?

      Usuń
    8. Sorry ... oczywiście perfum! Myślałem, że znacie ten trick ...

      Usuń
    9. PS. Perfumy są pod rybkę. Do kawy z ciastkami pasuje szczypta świeżej ... kawy, podobno ... nie sprawdzałem.

      Usuń
    10. W pierwszej chwili zrozumiałam, że perfumy "pod rybkę" trzeba wypić:))) Trick z kawą przypomniałam sobie, dorośli na jakimś domowym przyjęciu tak eksperymentowali.


      Usuń
    11. Ależ, masz rację! W latach posuchy, gdy wóda była kartkowana, bardziej spragnieni pili "Wodę Brzozową".

      Usuń
    12. Tak, Wodę Brzozową! To był chyba odpowiednik dzisiejszych płynów po goleniu?

      Usuń
  9. Osobiście popieram Honiewicza. Jeżeli składniki są jadalne bez dalszej obróbki, to co się tam.......
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, mężczyźni... I po co my się tak staramy, siekamy, mieszamy, przypiekamy, obieramy ze skórek... No po co?

      Usuń
    2. Bet, dla nas, sugerujesz? Dla siebie, bo jesteście estetkami, mniej może smakoszami, ale z wielu potraw (składników), robicie, Panie, jedno.
      Czy nie prościej zjeść sardynki, biały ser i co tam jeszcze, jedno po drugim, albo na zmianę?
      Po co utrudniać sobie życie, pracy dokładać. W tym czasie można o sprawach globalnych świata podyskutować.
      Nieprawdaż?

      Usuń
    3. Pewnie, że można jeść każdy składnik osobno. Można nawet wprost z puszki i palcami. Po co dokładać pracy?
      Po co cała sztuka kulinarna?

      Usuń
    4. A ja myślałam, że Panowie mają przyjemność w przygotowanych przez nas Kobiety posiłkach, dokładając do ich przyrządzania szczyptę swojej zachwianej cierpliwości... a tu "tylko" propozycja rozmowy o sprawach globalnych... no nic romantyczności i jak tu przez ten zaniedbany żołądek do serca trafić?

      Usuń
    5. No popatrz, nie dają nam szans:))) Ech...

      Usuń
    6. Nic a nic ...teraz wszelkie przepisy, porady znajdą w internecie... Ech...
      Miłego wieczoru:)

      Usuń
    7. To niech się żenią z tym internetem:))) Prawda? Same zjemy te sardynki z dodaykami.

      Usuń
  10. Z twarogiem nigdy nie jadlam, a sardynki bardzo lubie. Dzieki za pomysl :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. toya, miałaś inny program nauczania w podstawówce? No, proszę, już wtedy były programy autorskie, a przynajmniej modyfikowane przez nauczycieli. Mnie bawiła bardzo nazwa tej potrawy, bo niby dlaczego akurat "awanturka"? Uzasadnienia brak:)) Smacznego życzę.

      Usuń
  11. A ja potrafię taka puszkę sardynek załatwić jednym widelcem.
    Byle ze świeżym pieczywem.
    Potem czego w żaden sposób nie potrafi zrozumieć moja żona, mogę bez konsekwencji wypić kubek kefiru.
    Mój organizm nie zniósłby tego połączenia - mówi.
    Mój wytrzymuje.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Łoj,łoj,Bet! Tylko się nie zbliżaj do chińskich restauracyji!!! One tam takie Mróweczki Wędrowne ubijają ,zasuszają,a potem przerabiają i sprzedawają one pod nazwą "ryż ze środka Państwa Środka".
    Kiedyś sprzedali mi flaczki..Smak wydał mi się jakiś znajomy..A to był mój zaginiony niegdyś w tajemniczych okolicznościach mój własny,osobisty kot!!! Ostrożnie z chińszczyzną,Bet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Waszku, a gdzie tu wyczytałeś cokolwiek na temat chińszczyzny? Dzięki za przestrogę:)))

      Usuń
    2. Bet,to taka metafora..Sardynki łone tyż zeżrą. Zeżrą wszystko,co lata,z wyjątkiem samolotów,wszystko,co pływa,z wyjątkiem statków,wszystko co sobie siedzi,z wyjątkiem krzesła,wszystko co stoi,z wyjątkiem stołu itd..

      Usuń
  13. Bet,przebojem PRL był tzw."Paprykarz Szczeciński". Szczecinianie maja do dziś kompleksy na ten temat. Troszkę tego specyfiku wtrząchłem,ale kiedyś cóś tam zostało..Moja Matula wówczas wystawiła te resztki na miseczkę pod drzwi,bo obok był taki piesek,co wyżerał wszystko..Ale tu podszedł,zrobił takie merd ogonem,wstrzasnął się" wrrrr" i odwrócił ogonem. To samo było przy"gulaszu po wegiersku" w słoiku. Od tego czasu mam w głębokim poważaniiu wszelkie konserwy w słoikach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! paprykarz szczeciński był przebojem wszystkich wycieczek i obozów. Naprawdę smakował. Obecnie też występuje na półkach sklepowych ale jakoś nie mam odwagi go kupić. Kolejny przebój to "konserwa turystyczna" oraz "przysmak śniadaniowy". Ach, same pyszności!

      Usuń
    2. No jasne,Bet.. Tylko zawsze przyfiluj,jeśli coś takiego zamierzasz kupić na etykietę. I le tam jest tych konserwantów i innego draństwa pod nazwą "E". E-250,420i i wiele innych,strony by nie starczyło.. Pal to licho! Najlepiej pójść do lasu,coś upolować,obedrzeć ze skóry,ugotować i wtedy jesteś pewna,że wiesz,co jesz. A propos,nie musisz do lasu,jest w TV taki program Kasi Bosackiej pt"Wiesz,co jesz,wiesz,co kupujesz". Pouczające.

      Usuń
    3. Nie czytam etykiet. Nic to nie da bo przecież jeść trzeba a teraz wszystko jest nafaszerowane tymi E-cośtam.

      Usuń
    4. Bet,,moja zdolność resojalizacji się wyczerpuje..uje..uje..To tylko echo gra, nie przejmuj się! Tylko szkoda kobietki było by..bo ładna jest..

      Usuń
  14. Klik dobry:)
    Nie kupuję sardynek ani szprotek, bo jak zacznę je oprawiać, to nic już prawie nie zostaje.

    Też miałam zajęcia "żywieniowe" w szkole, a przedmiot i za moich czasów nazywał się zajęcia praktyczno-techniczne. Bardzo je lubiłam.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, a Panowie wykrzywiają się na oprawianie sardynek. Mówią, że ich /sardynek/ wnętrze jest najcenniejsze...
      Też miałam zajęcia praktyczno-techniczne, w slangu uczniowskim mówiło się: "roboty".

      Usuń
    2. I jeszcze miałam wspaniałą nauczycielkę od "robót". Wiele umiejętności jej zawdzęczam.

      Usuń
    3. Przez pewien czas moją nauczycielka od robót była córka lub bratanica /nie pamiętam dokładnie/ Bronisława Chromego - ogromnie utalentowana plastycznie.
      Pamiętam, że czasem "roboty" były dzielone na grupy: chłopcy-dziewczynki. Łączono chyba grupy z dwóch klas. Wtedy chłopcy zajmowali się młotkowaniem, a dziewczynki operowaniem igłą z nitką. Ani śladu gender!!!! Dzisiejsze feministki zgrzytają zębami ze zgrozy.

      Usuń
    4. Tak, był podział, a nawet oddzielne - inaczej wyposażone pracownie. Przypominam sobie jednak, że dziewczęta też "młotkowały" a chłopcy robili szaliki na drutach.

      Usuń
    5. Tak, młotkowałyśmy ale w sposób umiarkowany. Uczono nas wbijania gwoździ, wkręcania śrubek itp. Chłopcy dziergali także w sposób bardziej niż umiarkowany. Respektowano naturalne skłonności płci do pewnych działań.

      Usuń
  15. AlEllu,bestio okrutna! Nie demoralizuj nam Bet! My,wilki to takie pyszne kobitki jak Bet hodujemy,aby w odpowiednim czasie je POŻREĆ! Mniam,mniam..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NOO..AlElla jest zapędzona w kozi róg..Ciekawe,jak z tego wybrnie ta kobitka..

      Usuń
    2. Waszku, tu się mówi o sardynkach w puszkach. O kozach nie ma ani słowa))))

      Usuń
  16. No, niestety, panowie... Nie złożyliśmy życzeń z okazji dnia kobiet, więc nie oczekujmy życzeń z okazji dnia mężczyzn...
    allensteiner

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo elegancko się upomniałeś:))) Pozdrawiam świątecznie:)

      Usuń
    2. rozbrajająco elegancki dyplomata...i jak tu się nie uśmiechnąć:)
      A wspominając 8 marca ... nie mogłam oprzeć się pięknościom tulipanowym i sama sobie kupiłam aż 10 sztuk, wypełniły cały wazon.
      Miłego dnia!

      Usuń
    3. Hi,hi,hi... Ja też sama sobie kupiłam:))) Nadszedł czas tulipanowy a ja wtedy nie panuję nad sobą i kupuję te małe tulipanki całymi wiązkami.

      Usuń
    4. Tu brak panowania nad sobą jak najbardziej pozytywny:))
      Miłego dnia życzę.

      Usuń
    5. Dziś jest dzień "nietulipanowy" - raczej jesienny, więc wyjmuję garść ubiegłojesiennych żołędzi w miejsce zwiędłych tulipanów. Współczesne tulipany nie więdną - zasychają w stanie stulenia.
      Również miłego dnia:)))

      Usuń
    6. U mnie jeszcze tulipanowo, ostatnio trafiam na te niewspółczesne, rozwijają się jak róże w ogrodzie. Ale masz rację, z kwiaciarni takich nie uświadczysz. Spryskane preparatem trzymają się w stanie zakupu aż do końcowych swoich chwil.
      Dziękuję:))

      Usuń
    7. Chętnie sama dam się tym czymś spryskać aby być w stanie "zakupu" do końca swych dni:)))

      Usuń
  17. A dzień mężczyzn był wczoraj i co? Nic to! 4o męczenników męczy się dalej i męczyć się będą pewnie do końca świata i jeden dzień dłużej!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jam wśród nich..

      Usuń
  18. Allensteiner,przybij piąchę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, no! Co to za męska koalicja?

      Usuń
    2. Bet,nie stawiaj się..My jesteśmy koalicja,a Ty opozycja i tak jest i powinno być!

      Usuń

Dla błądzących - pomoc przy komentowaniu:

Jeśli nie masz konta w Google wybierz opcję:

- Anonimowy, ale podpisz się pod treścią komentarza, proszę.

- Nazwa/adres URL w okienku Nazwa wpisz swój nick lub imię, a w okienku adres URL wkopiuj adres swojego bloga

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.