środa, 5 maja 2021

Kasztanowce - Matura do poprawki!

       To już pewne, kasztany nie zakwitły w terminie więc egzamin oblały! Zdalne przygotowanie do Matury w ich przypadku zawiodło. Dowcipnisie żartują, że kwitnienie kasztanowców, jak większość naszego teraz życia, też jest zdalne, a więc na pozór niewidoczne. Z powodu luzowania obostrzeń podobno przewiduje się kwitnienie hybrydowe: raz tu – raz tam – i z powrotem.

        Dlaczego tak się czepiam tych drzew? Ano dlatego, że odkąd pamiętam kwitnienie było punktualne! Dziesięć lat temu opisywałam i chwaliłam w tekście "Punktualne kasztany". Zachęcam do kliknięcia w „kasztany” bo teraz zacytuję tylko fragmenty:

Zakwitły! Jak każdego roku na Maturę ! Zegar biologiczny jest niezawodny i bez względu na aurę zawsze punktualny. Dzielne drzewa wbrew inwazji Szrotówka Kasztanowiaczka, resztką sił kontynuują tradycję. Kochane kasztany!

          Miało być przepięknie, miało być normalnie… A mnie jest przykro gdy widzę tegorocznych maturzystów, których na progu szkoły wita  dystrybutor z odkażającym płynem i nauczyciel, choć wreszcie „na żywo” i nie na ekranie monitora, ale uśmiecha się przez szybkę.

Aż nadszedł ten dzień. Tramwaj pełen wyelegantowanych biało- granatowych, przejętych ale dumnych nastolatków. Duma - to uczucie dominowało, o stresie nikt nie myślał. Pierwszy raz w życiu potrzebne jest okazanie Dowodu Osobistego. Zasiadamy przy stolikach udekorowanych butelką oranżady i osobistą maskotką „na szczęście”.

Język polski … Kilka godzin pisania obszernego tekstu. Na brudno i na czysto. Niektóre , najlepsze  prace maturalne były publikowane w prasie.

Matematyka – liczył się niekoniecznie dobry wynik. Doceniano też własne próby nowatorskich obliczeń, tok myślenia logicznego, niekonwencjonalne próby prowadzenia dowodów…

Ach te belfry! ... oceniając nasze prace kierowali się nie tylko zawartą w nich wiedzą ale i własną wiedzą o uczniu. To byli przecież NASI NAUCZYCIELE !

          Dystans, dystans, odstępy, osobne wejścia i wyjścia… I najbardziej brutalne zalecenie: Nie grupować się! Jak to? Nie wolno pogadać, pożartować, dodać sobie wzajemnie otuchy? Nie wymienić gorączkowych uwag po wyjściu z sali? Nie ukoić egzaminacyjnego stresu wspólnym wypiciem gazowanej wody z sokiem wprost z saturatora?

        Stracone lekcje, fakultety, Studniówki, Uroczyste zakończenie nauki i Rozdanie świadectw. A teraz jeszcze te kasztany…

Wiosna wybucha zielenią, na ławkach w parku siedzą /na siedzisku, nie na oparciu!/ grupki młodzieży rozprawiającej o Mickiewiczu, sinusach, wykresach i biologii pantofelka. Paradujemy z opasłymi księgami, koniecznie „pod pachą” – tak aby było widać co obecnie studiujemy. Taki był przedmaturalny szpan. Wtedy to pomagały kwitnące kasztany. Widok białych kwiatów budził nadzieję i dawał ukojenie zaczerwienionym z wysiłku oczom.

foto Bet rok 2011

      A może to tylko przestarzałe spojrzenie na świat powoduje niepotrzebny smutek a zdalnie wyedukowana młodzież wcale nie czuje, że coś traci?

          Miła wiadomość jest taka, że dziś widziano na ulicy maturzystki uczesane w warkocze! Czy w „naszych czasach” chciałyśmy w tym wieku nosić warkocze czy raczej stawiałyśmy na „dorosłe” fryzury? Matura to Egzamin Dojrzałości… Był?

Matura nobilitowała. Dawała autentyczne poczucie dojrzałości, zamknięcia pewnego etapu w życiu. Dawała legitymację do kręgu inteligencji. Była przepustką do dalszego kształcenia.

 


 

     ps.  Komentarze do tekstu "Punktualne kasztany"  publikowanego w 2011 roku można przeczytać tutaj 

Punktualne kasztany 2011  

        

         

 

 

sobota, 1 maja 2021

Słonecznie, majowo, sportowo - po prostu boiskowo!

        Zagadało do mnie, zachęciło, pustą bramką zaklekotało i na spotkanie zaprosiło, boisko z  bratniego bloga Posiaduszki u alElli

        Biegnąc na "moje" boisko, okoliczne drzewa i krzewy ustroiłam na biało, aby było ładnie.

Oto jestem już tuż, tuż. 

        A dalej to już trawa, drzewa, trawa, trawa… Równo, gładko, po piłkarsku w pasy wystrzyżona murawa.



         Ach, jak to czysto, równo, gładko i bez śladu kibolskiego wandalizmu. Nooo… Nie zawsze tak tu było.  Ale po kolei…

        Zaczęło się w latach dwudziestych ubiegłego wieku od zwykłego kopania piłki w wykonaniu mieszkających w okolicy mężczyzn, głównie robotników i młodzież. Tak się w tym kopaniu rozmiłowali, że wkrótce  Klub Sportowy założyli, który trwał i trwał przez długie lata, nawet w te wojenne. Bardzo pomagał patronat pobliskiej Fabryki Sody Solvay. Po wojnie, piłkarze i ich wierni kibice w ramach „czynów społecznych” zbudowali sobie prawdziwy Stadion co się zowie! Oczywiście w standardzie ówczesnych boisk czwarto, pięcio lub ileś tam ligowych. Takiego go pamiętam z dziecięcych lat: pośrodku zielony plac i bramki, trawiasto-betonowe amfiteatralnie sytuowane siedziska dla kibiców i drewniana buda ze schodkami (chyba dla sędziów?) a wokół boiska bieżnia wysypana żużlem. Bo zawody motorowe tu też bywały. Pamiętam do dziś zapach rozgrzanego żużlowego pyłu wydobywającego się spod kół stalowych rumaków. I ten ryk maszyn…

O, zachował się fragment betonowego schodka wyznaczającego trybunę dla kibiców:)

              

     Od zawsze miejsce to nazywano Stadionem. Żadne tam boisko. Nawet gdy już zlikwidowano zawody żużlowe, nawet w okresach finansowych i inwestycyjnych niedostatków. Bywało tu obskurnie i brudno, bywały tu zgrupowania amatorów picia piwa z flaszek. Oczywiście wieczorami, bo za dnia i letnią porą odbywały się tu lekcje Wychowania Fizycznego dla dzieci z pobliskiej Szkoły Podstawowej. Och, nie wspominam tego miło. Nie lubiłam biegania na bieżni, skoków w dal na boiskowej murawie oraz przebierania się w krótkie, granatowe szarawary z gumką. Brrr… Spodenki były uszyte i błyszczącej podszewki, a stój gimnastyczny uzupełniała biała koszulka i  tenisówki. Czasem, gdy „Pani od WF” miała dobry humor pozwalała na zabawę w Podchody zamiast lekkoatletycznych ćwiczeń. Takie chowanie się w okolicznych krzakach bardziej mi odpowiadało :) 





          Całkiem „na bogato”. Trzeba przyznać, że miasto dba i inwestuje w obiekty na tym stadionie. Jest to teren dostępny dla wszystkich do rekreacji i małego sportu. Tylko główna płyta boiska zamknięta, ale jest otwarty „na okrągło” kort tenisowy, boisko do siatkówki plażowej, małe boisko piłkarskie i zakątek z urządzeniami podobnymi do parku linowego. Kryta balonem hala do treningów zimowych. Działa nadal ten leciwy i zacny już Klub Sportowy, Szkółka Piłkarska dla dzieci i wiele jeszcze innych działalności. A czasem organizowane są okolicznościowe imprezki kulturalne dla mieszkańców w stylu rodzinnych pikników. No to ja też tam mogę trochę poużywać tej murawy i poskakać po zabytkowych oraz nowoczesnych trybunach dla kibica? Mogę nawet podglądać zajęcia młodocianych piłkarzy ( och, jak te dzieciaki po trawie brykają!) gdy już tu powrócą. I może powyginać się troszkę na uboczu? Nawet wypatrzyłam takie miejsce, na skraju zabytkowych trybun, w lekkim dołku w dodatku ozdobione kaczeńcami oraz stokrotkami. Dla mnie jak ulał! Nie jest nigdzie napisane, że wstęp tylko dla młodzieży!

Hej, hej blogowy, boiskowy przyjacielu! Macham z daleka i pytam czy też jest ci smutno z powodu braku piłkarskich kopów w piłkę na murawie? Czy też tęsknisz za gwarem dzieciaków z piłkarskiej szkółki? Czy chcesz usłyszeć donośny gwizdek sędziego i krzyczących na trybunach kibiców? Bo ja bardzo… Ta cisza aż mi w uszach dzwoni.



 

           



środa, 21 kwietnia 2021

Modowe szały dawnych lat

        Współcześni spece od szołbizu narzekają, że czerwone dywany przez pandemię stoją bezrobotne. Gwiazdy i lanserzy smętnie odkurzają bezrobotne szpilki i wyjściowe lakierki a opustoszałe ścianki już wyblakły z nudów. I tak sobie myślę, że dawniej jakoś bez tych reflektorów i trzaskających blaskiem fleszy moda wybuchała co jakiś czas nowymi hitami. Wybuchała i porywała bez reszty lud roboczy oraz inteligencję pracującą a nawet gospodynie domowe. A zwłaszcza głodne świata nastolatki.

        Rolę ścianek i czerwonych dywanów spełniały ważne wydarzenia wstrząsające Rzeczpospolitą Ludową. I tak w roku 1967 kraj nasz odwiedził francuski generał Charles de Gaulle. Polska Ludowa oszalała z radości i żądzy wzmacniania więzi Polsko – Francuskich co zaowocowało modą na generalskie czapki. Nastąpił bum w pracowniach czapników. Męska część Społeczeństwa zachwyciła się generalską czapką i zapragnęła nią nakrywać głowy. Cylinderek z daszkiem nazwano swojsko „degolówką”. Wszak zgodnie z ludowym porzekadłem „każdy wojak nosi buławę generalską w swym plecaku”. 

Z archiwum Eustachego Kossakowskiego

       W tymże samym roku 1967 koncertowali w Warszawie Rolling Stone’s. Szczyt popularności dotyczył zespołu The Beatles i wielu innych grup rockowych. Oprócz muzyki uwagę przyciągał strój i wygląd artystów. To oni dyktowali modowe trendy. Szybko zareagowała męska branża obuwnicza przystępując do masowej produkcji podpatrzonych u muzyków, butów zwanych „beatlesówkami” lub „rollingstonkami”. Charakteryzowały się one podwyższonym obcasem oraz dużą błyszczącą klamrą dla ozdoby. Polscy młodzieńcy oszaleli na ich punkcie za nic mając sobie sarkanie rodziców, że to strój sceniczny i nieodpowiedni na ulicę! Zaraz, zaraz… Podwyższony obcas u mężczyzny, nadchodząca moda na kolorowe i wzorzyste koszule nawet zdobne w żaboty, długie włosy… Czy już wtedy jakiś mały gender próbował swoich sił? 

        Panie miały swoje obuwnicze fascynacje gdy nastała moda na kolorowe, połyskliwe kozaczki z elastyczną cholewką bez zasuwanego zamka. Buty te, wciągnięte z niemałym trudem bo uszyte ze sztucznej materii musiały ciasno opinać stopy i łydki, pozostawały na nogach długie godziny w ciągu dnia.  Więc nazywano je „konserwami”.

        Nikt wtedy nie słyszał jeszcze o oszczędzaniu plastiku ani ekologii ale kobiety zrzuciwszy „konserwy” obuły się w drewniaki!  Stuk, stuk, klap, klap - drewniaczki mieć to był modowy mus. Nawet drewniane szpilki produkował ktoś:) Niełatwo było w nich chodzić, oj niełatwo.

        A teraz – od stóp do głów! Skąd się wzięła moda na dziewczęce czapki wzorowane na lotniczych i wojskowych pilotkach? Dokładnie nie wiem. Podejrzewam, że to wynik fascynacji serialem Czterej Pancerni i Pies, a zwłaszcza głównym bohaterem tego filmu. Każdy chciał być wtedy Jankiem Kosem lub co najmniej Gustlikiem lub Marusią. Tak czy siak samodzielnie wydziergane szydełkiem „pilotki” nosiły solidarnie niemal wszystkie kobietki i kobiety pomimo, że zbyt twarzowe to one nie były.

        Z filmów, głównie sensacyjnych, zaczerpnięto chęć do okrywania się lekkim płaszczem zwanym prochowcem, z postawionym w górę kołnierzem. Tak prezentowali się tajni detektywi i agenci wywiadu ścigający złoczyńców co czyniło z nich wzór do naśladowania. Przynajmniej w kwestii konfekcji. Popularność postaci występujących w czwartkowych spektaklach Telewizyjnego Teatru Sensacji „Kobra” też miało spore znaczenie:)

 Prochowce, z czasem zastąpione zostały przez podobne w kroju lecz wykonane z nowoczesnej tkaniny płaszcze-ortaliony. Włoskie ortaliony kupowane chętnie przez handlowych turystów w Czechosłowacji. Były nieprzemakalne a tajemniczy szelest tej niezwykłej tkaniny był jak powiew życia zza żelaznej kurtyny. Atrakcyjny i pociągający.

        Na zakończenie zostawiam odzieżowy hit wszech czasów za jaki uważam spódnicę „bananówkę”. Skąd się wziął i kto to zaczął? Nie wiem. Bajeczna, kolorowa, przecudnie układająca się w ruchu spódnica w wijące się pasy. W sklepie tego nie było a wiosenne ulice pełne bananowych dziewcząt! A jak? A tak: wykroje dostępne w magazynie mody Burda rodem z NRD. Wszelkie zapasy materiału „z metra” w ostateczności narzuta lub zasłona z okien na stół – nożyczkami ciach, ciach, ciach i maszyna do szycia w ruch. Szycia sporo, tych kilka krętych pasów zszyć i obrębić nie było łatwo ani szybko. Ale efekt wart zachodu. Uuuuu… Cudo! Frrr… Aż się chciało podskakiwać i wirować radośnie.

        Modowe szały ulotne były jak wiosenne motyle. Były i mijały. Z jednym wyjątkiem: Ostał nam się jeno dżins… Kto go przywlókł do socjalistycznej krainy? Może wraz ze stonką ziemniaczaną był to dywersyjny z nieba zrzut?  Na stonkę był DDT - na dżinsy nie pomogło nic. Rozpleniła się ta tkanina, rozrosła w asortyment i fasony… Choć dostępna trudno, drogo i nie dla każdego. Przemysł tekstylny polski uratował sytuację produkując wyroby dżinsopodobne. Nawet nieźle to wychodziło. Do tego stopnia, że z polskiego dżinsu szyto nawet fantazyjne, różnobarwne kapelusze z falującym rondem. Ale zanim polskie szwalnie tak się rozkręciły trzeba było nauczyć się szanować każdą sztukę dżinsowej odzieży i w razie potrzeby samodzielnie przerabiać znoszone spodnie na spódnice i obcięte nogawki na torebki.

        Przemijanie mody to jej urok i czar. Czasem martwię się, że entuzjaści obecnej mody na tatuaże nie doświadczą tej ulotności. Ich chwilowe fascynacje pozostaną z nimi do końca życia wyryte ostrą igłą w żywej skórze.