Zieeeeeemmniaaaaki! Dawno nie słyszany zaśpiew handlującego
swoimi produktami rolnika, wykonany jego własnym głosem, wybrzmiał donośnie na
pogrążonym w ciszy osiedlu. Uradowałam się, bo to jakby malutki sygnał powrotu
do przeszłości kiedy to każdej jesieni w ten sposób nawoływano do gromadzenia
zimowych zapasów. Co prawda dziś nie ustawiła się kolejka chętnych, reakcja
ludności była żadna, ale miło było usłyszeć ponownie znajome odgłosy, nawet te
zapowiadające jesień.
O, biedny Rolniku! Kto kupi worek Twoich, choćby najlepszych
na świecie, ziemniaków skoro już tak niewielu gotuje domowe obiady, piwnice w ocieplanych styropianem blokach nie
nadają się do przechowywania żywności. No, chyba, że gromadzimy marynaty w
słoikach.
O, biedny Rolniku! Czy nie wiesz, że Twoje wołanie trafia do
wyjadaczy produktów z marketowych półek, które to pełne poręcznych, nisko gabarytowych
woreczków z ziemniakami różnorodnych odmian i one nie zakiełkują i nie zgniją
bo zostaną szybko spożyte?
Amatorom jesienno-ziemniaczanych wspomnień pozwolę sobie przypomnieć
notkę sprzed piętnastu lat. Och, hi, hi, hi…
Miastowe wykopki
Nawoływanie rolnika obudziło jednak we mnie apetyt na placki
ziemniaczane więc dzielnie maszeruję na bazarek w celu zakupu tych warzyw
okopowych – w ilości detalicznej :)) Wyszło mi na wadze 1,29 kg produktu. Starczy.
Rolnik z osiedla musi wybaczyć. W ramach rekompensaty dostał miejsce w notce na wiekopomnym blogu:)
A ja tymczasem, zgodnie z wieloletnim obyczajem, gromadzę
nikomu niepotrzebne dary jesiennego lasu. Co spacerek to kilka żołędzi, mały kasztanek,
znowu kilka żołędzi… A może urodziwa szyszeczka? Albo lepiej od razu dwie…
I nie tylko ja tak mam bo koleżanka alElla też!
Takie
to nasze, jesienne Niewiadomopococośki!
Aż
się boję pomyśleć co będzie gdy spadną z drzew kolorowe liście i lśniące na
brązowo, dojrzałe kasztany:) Bo przecież całkiem niedawno wyrzuciłam zalegające
w puzdereczkach i wazonikach niegdysiejsze pamiątki lata w postaci kolekcji
urodziwych kamieni, muszelek a nawet piasku i strączków roślin. Szczęśliwie
wyleczyłam się z nawyku zbierania fantazyjnych korzeni, które bywały niegdyś
modną dekoracją, szczególnie dobrze prezentującą się na tle słomianej maty.
Teraz
podziwiam ich urodę wyłącznie w plenerze więc może „apetyt” na żołędzie i
kasztany też mi przejdzie?