niedziela, 25 października 2026

Krakowska Pijalnia Wód

        Mateczny – tak, odkąd pamiętam, potocznie nazywano pewne miejsce w krakowskiej dzielnicy Podgórze. Mawiano: Blisko Matecznego, przystanek na Matecznym, przy Matecznym itp. Mało kto wówczas zastanawiał się skąd i dlaczego taka nazwa i co oznacza? Szczególnie młodzież stosowała bezwiednie to nazewnictwo bez analizowania jego źródeł.

        A właśnie o źródło chodziło tu wręcz dosłownie gdyż w roku 1898, pewien Pan z Czech, budując studnię na własnej posesji, przypadkowo natrafił na wodę o dużej zawartości siarki oraz innych, cennych minerałów.

        Jakież to krakowskie! Powszechnie wiadomo przecież, że już słynny Szewczyk Dratewka użył siarki dla poskromienia Wawelskiego Smoka. Może nadmiar tego paliwa zdeponował w podziemnych źródłach – na zapas?

        Pan z Czech, był światłym bywalcem zagranicznych Sanatoriów więc docenił wartość siarkowej wody i uzyskawszy stosowne certyfikaty stworzył w tym miejscu Uzdrowisko. Pan Odkrywca oraz Założyciel to Inżynier Antoni Mateczny i dlatego jego nazwisko stało się popularną nazwą tego miejsca. Kto ciekaw szczegółów niechaj zajrzy tutaj: Mateczny. Zacny ten Obywatel Krakowa nie ma swojej ulicy upamiętniającej dokonania  uzdrowiskowe, ale ma okazałe Rondo Matecznego, które powstało w miejscu zwykłego niegdyś skrzyżowania ulic. Z tramwaju nadal wysiadamy „na Matecznym”:)

        Długo, długo po okresie zdrojowej świetności trwało deprecjonowanie, zaniedbywanie, dewastowanie i tym podobne haniebne uczynki. Ale teraz mamy tu Krakowską Pijalnię Zdrojową oraz Uzdrowiskowy Zakład Leczniczy i Park Zdrojowy nie byle jaki. Dokumentację zdjęciową na dowód walorów estetycznych tego miejsca zamieszczam poniżej.



         Z przykrością przyznać jednak muszę, że efekt uzdrowiskowy psuje fatalna, moim zdaniem, organizacja funkcjonowania tego miejsca. Otóż, z budyneczku Pijalni nie można swobodnie przejść bezpośrednio do Parku Zdrojowego z kubeczkiem wody w dłoni jak „ u wód” bywa w zwyczaju. Trzeba obejść ogrodzenie strzeżone groźnym napisem: „Teren Prywatny – wstęp wzbroniony” długim spacerem wzdłuż ruchliwej ulicy. Beeee… 


         Pan Antoni Mateczny chyba nie jest zadowolony. Ja też nie.

 

    


   

 

niedziela, 27 września 2026

Moje grzybobranie

Taka aura zachęca...

 A więc idę w las, na grzyby. Bez koszyka i kozika na bezkrwawe łowy:)

Strażnik lasu już przy wejściu zapowiada bogate zbiory! 


 No to idę i zbieram!

 




 I cóż z tego, że (chyba) niejadalne? Przynajmniej nikogo nie otruję a piękno się liczy!

 


 

 

 

piątek, 11 września 2026

Ziemniaki i jeszcze coś tam

        Zieeeeeemmniaaaaki! Dawno nie słyszany zaśpiew handlującego swoimi produktami rolnika, wykonany jego własnym głosem, wybrzmiał donośnie na pogrążonym w ciszy osiedlu. Uradowałam się, bo to jakby malutki sygnał powrotu do przeszłości kiedy to każdej jesieni w ten sposób nawoływano do gromadzenia zimowych zapasów. Co prawda dziś nie ustawiła się kolejka chętnych, reakcja ludności była żadna, ale miło było usłyszeć ponownie znajome odgłosy, nawet te zapowiadające jesień.

        O, biedny Rolniku! Kto kupi worek Twoich, choćby najlepszych na świecie, ziemniaków skoro już tak niewielu gotuje domowe obiady,  piwnice w ocieplanych styropianem blokach nie nadają się do przechowywania żywności. No, chyba, że gromadzimy marynaty w słoikach.

        O, biedny Rolniku! Czy nie wiesz, że Twoje wołanie trafia do wyjadaczy produktów z marketowych półek, które to pełne poręcznych, nisko gabarytowych woreczków z ziemniakami różnorodnych odmian i one nie zakiełkują i nie zgniją bo zostaną szybko spożyte?

        Amatorom jesienno-ziemniaczanych wspomnień pozwolę sobie przypomnieć notkę sprzed piętnastu lat. Och, hi, hi, hi…

Miastowe wykopki

        Nawoływanie rolnika obudziło jednak we mnie apetyt na placki ziemniaczane więc dzielnie maszeruję na bazarek w celu zakupu tych warzyw okopowych – w ilości detalicznej :)) Wyszło mi na wadze 1,29 kg produktu. Starczy. Rolnik z osiedla musi wybaczyć. W ramach rekompensaty  dostał miejsce w notce na wiekopomnym blogu:)

        A ja tymczasem, zgodnie z wieloletnim obyczajem, gromadzę nikomu niepotrzebne dary jesiennego lasu. Co spacerek to kilka żołędzi, mały kasztanek, znowu kilka żołędzi… A może urodziwa szyszeczka? Albo lepiej od razu dwie…

        I nie tylko ja tak mam bo koleżanka alElla też!

 

        Takie to nasze, jesienne Niewiadomopococośki!

Aż się boję pomyśleć co będzie gdy spadną z drzew kolorowe liście i lśniące na brązowo, dojrzałe kasztany:) Bo przecież całkiem niedawno wyrzuciłam zalegające w puzdereczkach i wazonikach niegdysiejsze pamiątki lata w postaci kolekcji urodziwych kamieni, muszelek a nawet piasku i strączków roślin. Szczęśliwie wyleczyłam się z nawyku zbierania fantazyjnych korzeni, które bywały niegdyś modną dekoracją, szczególnie dobrze prezentującą się na tle słomianej maty.

Teraz podziwiam ich urodę wyłącznie w plenerze więc może „apetyt” na żołędzie i kasztany też mi przejdzie?