wtorek, 12 października 2021

Liściobranie!

       O czymże dumać w tym jesiennym lesie? Udawanie Mickiewicza idzie mi kiepsko więc uwagę skupiam na opadłych liściach. Ach… Upadłe liście… Nad tym można się zadumać poszukawszy analogii do ludzkiego życia. Różnica jest taka, że upadłe liście zachwycają urodą a jesień życia człowieka już nie koniecznie:)

        Ale co, kiepskie myśli precz i do roboty! Jesienne piękności trzeba wykorzystać dopóki nie zamienią się w prozaiczną, choć wielce pożyteczną, próchnicę.

        No to wykorzystuję! Z przyjemnością wyrabiam listkowe róże według przepisu Listkowe róże alElli.  Z tym, że gumkę zastępuję bardziej ekologicznym sznureczkiem. Postęp z duchem czasu musi być! Nauka nie poszła w las! Upssst… To powiedzonko chyba tu nie bardzo pasuje :)

        Wymyślam więc bardziej adekwatne do sytuacji hasła. Na przykład w modnym trendzie „no waste”:

Liścia nie wyrzucaj – z liścia zrobisz różę!

róże Bet, październik 2021

         Zgodnie z tym codziennie dorabiam jeden albo dwa liściowe kwiaty bo przechodząc pod znajomym klonem wprost nie mogę się powstrzymać od zebrania liści wybarwionych na wiele odcieni czerwieni. Ten znajomy klon chyba otrzymał od natury specjalne zadanie dotyczące produkcji liściowych dekoracji bo wysila się kolorami bardzo, bardzo. Pobliscy, klonowi, kuzyni rosnący w lesie tracą swe liście mniej atrakcyjnie, na zielono, brązowo i brunatno.

Spoglądam na dzieło Mistrzyni...

róże alElli, październik 2021

      ... i widzę, że muszę się podciągnąć w temacie efektownego wywijania liści na zewnątrz oraz  staranności zwijania do środka. Za to efekt błysku chyba opanowałam
:)

 


 

środa, 29 września 2021

Kamyki, bursztyny, perły i inne paciorki

        Od dni paru bacznie obserwuję  kobiety spotykane osobiście oraz te ukazujące się na różnych ekranach w poszukiwaniu ozdób  dominujących w obecnych stylizacjach. I co widzę? Delikatne, ledwo widoczne łańcuszki z zawieszką albo zgoła nic. Wśród kobiet o statusie osoby publicznej, wyróżnia się posłanka Joanna Senyszyn prezentująca bogate zdobnictwo w formie wyrazistych korali i naszyjników. Na drugim miejscu w tej kategorii plasuję posłankę Katarzynę Lubnauer z jej bardziej delikatnymi, naszyjnikowymi akcentami zawsze idealnie pasującymi kolorem do bluzek czy garsonek. Nie sposób pominąć też towarzyszące politycznym ustawkom Panie z Kół Gospodyń Wiejskich wystrojonych w bogate korale  na ludowo!

        W młodszym, cywilnym politycznie pokoleniu, posucha… Sięgam więc do moich, przyznam, że trochę zakurzonych, kuferków z naszyjnikami. Były to moje ulubione dodatki do garderoby w czasie zawodowej aktywności. Miałam nawet nadzieję na stosowny do tego przydomek w rodzaju „koralowa”, „naszyjnikowa” czy jakoś tam. Nic takiego nie nastąpiło a koraliki pokrywają się teraz kurzem zapomnienia.

        A kiedyś z zapałem poszukiwałam koralowych inspiracji nawet w naturze…  

Nawlekanie owoców jarzębiny na nici było lubianym zajęciem dziewczynek, które chętnie stroiły się także w kolczyki z wiśni. Dziś nazwalibyśmy to „wychowaniem dla ekologii”J. W podobnym duchu uczono nas tworzenia naszyjników z przemyślnie zwijanych trójkącików kolorowego papieru lub kulek ugniecionego chleba albo ziarenek ryżu dmuchanego. A zbierane na plaży muszelki także świetnie nadawały się na fantazyjne ozdoby.

        Naszyjnikowa moda ewaluowała wraz z rosnącą dostępnością potrzebnych do wyrobu materiałów. Z wakacyjnych podróży przywoziliśmy sznury prawdziwych bursztynów lub szlachetne kamyki nanizane na skórzane rzemyczki i przeplatane elementami metaloplastyki. 

Ze szkatułki alElli

        Kolorowe lata siedemdziesiąte to obfitość długich do samego pasa naszyjników z dużych drewnianych lub plastikowych kulek, drobniutkich koraliczków czasem nawet fantazyjnie plecionych. Jakiś czas modne były łańcuchy ozdobione blaszkami w kształcie monet oraz wisiorki na różnych sznurach i rzemykach. Bardzo lansowano wtedy biżuterię z plastiku. Ach, kolczyki, koraliki, bransolety i wisiory – kolorowe sztuczne tworzywa w służbie modnych ozdobników.  Niestety… Teraz te nasze plastikowe zbytki pływają jako mikrocząsteczki w oceanach i zjadają je biedne wieloryby. Ach, jak mi wstyd...

        Piasek Pustyni… Tak nazwano kamień o połyskliwej strukturze złocistych ziarenek zatopionych w tajemniczej masie. Z pustynią niewiele miał wspólnego, narodził się w Wenecji, ale tak pięknie, romantycznie i egzotycznie go nazywano… Właścicielka miała prawo poczuć się jak perska księżniczka choć kamienie te pochodziły głównie z wakacyjnego handlu w kurortach Rumunii lub Bułgarii. Ach, ale dla stęsknionych wielkich podróży Piasek Pustyni był jak lek. Kamień ten dominował w pierścieniach ale i naszyjniki się zdarzały.

        Nacieszywszy oczy i duszę wspomnieniami, pobieżnie przewietrzone korale i naszyjniki pakuję do kuferka. Aż tu nagle… Trach! Bang, Bang…Stuk, puk, stuk…. Turlii, turliii… Tu urwało się zapięcie, a inny, zbuntowany, sznur koralików na znak protestu pękł i rozrzucił swe paciorki. Teraz pełzam na czworakach zbierając kuleczki i myślę, że przedmioty martwe potrafią się upomnieć o należną im uwagę. 

Ze szkatułki Bet

         Zatem, apeluję: zakładajmy korale i naszyjniki zanim złośliwie zagrzechocze ich swoisty „protest song”
:)

 


 

 


niedziela, 12 września 2021

Wystawa dźwignią handlu.

         Współczesnym zakupowiczom zapewne trudno sobie wyobrazić świat bez ogromnych supermarketów lub markecików o wdzięcznych, zwierzęcych nazwach, wciśniętych w każdy możliwy kąt nowoczesnych osiedli i apartamentowców. Trudno sobie wyobrazić świat bez wszędobylskich reklam nawołujących: „Kup więcej, kup więcej…”

        Handel prywatny i uspołeczniony ubiegłego wieku w celu reklamy wykorzystywał okna lokali sklepowych eksponując tam swoje produkty w celu kuszenia klientów. Wystawy sklepowe zwane często witrynami, bardzo ubarwiały i urozmaicały krajobrazy miast, miasteczek oraz wsi. Ilości wystawianego „na pokuszenie” towaru były tak różnorodne i duże, że umożliwiały zakupy „na niby” czyli z angielska: „Windows shopping” stanowiąc swego rodzaju rozrywkę. Przyjemność z oglądania sklepowych wystaw była wielka bowiem niektóre z nich dostarczały wielu pozytywnych odczuć estetycznych. Zwoje wielobarwnych kuponów materiałów na tle snujących się woali wzorzystych firan, manekiny zdobne w fantazyjne kapelusze i piętrzące się na półeczkach obuwie w prywatnej pracowni… Półmiski i koszyczki prezentujące pieczywo codzienne i cukiernicze u piekarzy i cukierników, atrapy wędlin i mięs u masarzy, tykające zegarki u zegarmistrzów i parasole u parasolników.

        Przesadziłam? Ależ przecież skądś to pamiętam! Kupowałam sandałki z tych wystawowych półeczek, przeczesywałam oczami kolorowe guziki wystawione w pudełkach i rozwijałam zwoje koronek z wystawy w pasmanterii… Przeglądałam się w szybach witryn bo lustra o takich rozmiarach w domu było brak :)

        Było, było… Aż nadszedł czas gdy wystawy sklepowe bardzo zubożały i często ekspozycję wyczerpywały wyblakłe opakowania produktów sypkich na zakurzonym parapecie oraz puste, pokryte białymi kafelkami powierzchnie wiadomo jakich sklepów. Na pocieszenie zostawały witryny PEWEX-ów oraz bajecznie kolorowe produkty w oknach sklepowych Cepelii.

        W różnych ideologicznie istotnych momentach życia Polski Ludowej witryny sklepowe wykorzystywane były w celu propagandowym. Dla uświetnienia ważnych rocznic lub świąt państwowych wystawy sklepowe chętnie i chyba wręcz obowiązkowo, dekorowano stosownymi elementami. Były to portrety światłych Przywódców, hasła chwalące zdobycze socjalizmu i wzywające do pamięci o bojownikach „za wolność i demokrację” oraz symbole narodowe.

        W pamięci utkwił mi obraz wystawy sklepu jarzynowego. W witrynie ułożono imponujący wielkością stos główek kapusty, a pośród tych dorodnych warzyw umieszczono portrety ówczesnych tuzów partyjnych… Śmieszne? A niby jak personel sklepu warzywnego miał wykonać obowiązek ideologicznej dekoracji?

        Dla porządku dodam, że widziałam też ozdobione flagami państwowymi ciasteczka na wystawie cukierni w pewnym miasteczku szwajcarskim. Sklep obok oferował jajka w szwajcarskich barwach narodowych. I nie były to wielkanocne pisanki:)

        Odbijając się od wielkich, przejrzystych tafli supermarketowych okien gdzie nie trzeba nic eksponować bo i tak wiadomo, że mają wszystko, biegnę sprawdzić jak się mają współczesne wystawy w małych sklepach.

Są! Pokazują i reklamują. Ideologii tu (na razie) ani ciut, ciut! Trwają, pomimo bliskiego sąsiedztwa bezwystawowych gigantów uzbrojonych w ulotki reklamowe i promocje!