niedziela, 27 września 2026

Moje grzybobranie

Taka aura zachęca...

 A więc idę w las, na grzyby. Bez koszyka i kozika na bezkrwawe łowy:)

Strażnik lasu już przy wejściu zapowiada bogate zbiory! 


 No to idę i zbieram!

 




 I cóż z tego, że (chyba) niejadalne? Przynajmniej nikogo nie otruję a piękno się liczy!

 


 

 

 

piątek, 11 września 2026

Ziemniaki i jeszcze coś tam

        Zieeeeeemmniaaaaki! Dawno nie słyszany zaśpiew handlującego swoimi produktami rolnika, wykonany jego własnym głosem, wybrzmiał donośnie na pogrążonym w ciszy osiedlu. Uradowałam się, bo to jakby malutki sygnał powrotu do przeszłości kiedy to każdej jesieni w ten sposób nawoływano do gromadzenia zimowych zapasów. Co prawda dziś nie ustawiła się kolejka chętnych, reakcja ludności była żadna, ale miło było usłyszeć ponownie znajome odgłosy, nawet te zapowiadające jesień.

        O, biedny Rolniku! Kto kupi worek Twoich, choćby najlepszych na świecie, ziemniaków skoro już tak niewielu gotuje domowe obiady,  piwnice w ocieplanych styropianem blokach nie nadają się do przechowywania żywności. No, chyba, że gromadzimy marynaty w słoikach.

        O, biedny Rolniku! Czy nie wiesz, że Twoje wołanie trafia do wyjadaczy produktów z marketowych półek, które to pełne poręcznych, nisko gabarytowych woreczków z ziemniakami różnorodnych odmian i one nie zakiełkują i nie zgniją bo zostaną szybko spożyte?

        Amatorom jesienno-ziemniaczanych wspomnień pozwolę sobie przypomnieć notkę sprzed piętnastu lat. Och, hi, hi, hi…

Miastowe wykopki

        Nawoływanie rolnika obudziło jednak we mnie apetyt na placki ziemniaczane więc dzielnie maszeruję na bazarek w celu zakupu tych warzyw okopowych – w ilości detalicznej :)) Wyszło mi na wadze 1,29 kg produktu. Starczy. Rolnik z osiedla musi wybaczyć. W ramach rekompensaty  dostał miejsce w notce na wiekopomnym blogu:)

        A ja tymczasem, zgodnie z wieloletnim obyczajem, gromadzę nikomu niepotrzebne dary jesiennego lasu. Co spacerek to kilka żołędzi, mały kasztanek, znowu kilka żołędzi… A może urodziwa szyszeczka? Albo lepiej od razu dwie…

        I nie tylko ja tak mam bo koleżanka alElla też!

 

        Takie to nasze, jesienne Niewiadomopococośki!

Aż się boję pomyśleć co będzie gdy spadną z drzew kolorowe liście i lśniące na brązowo, dojrzałe kasztany:) Bo przecież całkiem niedawno wyrzuciłam zalegające w puzdereczkach i wazonikach niegdysiejsze pamiątki lata w postaci kolekcji urodziwych kamieni, muszelek a nawet piasku i strączków roślin. Szczęśliwie wyleczyłam się z nawyku zbierania fantazyjnych korzeni, które bywały niegdyś modną dekoracją, szczególnie dobrze prezentującą się na tle słomianej maty.

Teraz podziwiam ich urodę wyłącznie w plenerze więc może „apetyt” na żołędzie i kasztany też mi przejdzie?

 


 

       

 


wtorek, 18 sierpnia 2026

Rola papryki w dziejach moich i Narodu

        Pierwsze wzmianki o papryce na polskiej ziemi tkwią w zakamarkach mojej pamięci w postaci słoików z papryką marynowaną - import z bratniej Bułgarii. Długie i smukłe strąki zatopione w słodko-kwaśnej zalewie tłustawej od oleju słonecznikowego. Wydobyte ze słoja papryki Mama faszerowała nadzieniem „gołąbkowym” i dusiła jakimś cudem nie powodując rozpadania się miękkich już przecież w momencie rozpoczynania obróbki, warzyw. Smak tego dania niezapomniany do dziś i niestety nie do odtworzenia współcześnie. Och… Mniam, mniam…

        Pamiętam też zdumione szepty pań kupujących w warzywniaku ziemniaki i kapustę na widok świeżej papryki z rzadka pojawiającej się w asortymencie: ”To można jeść? I jak Pani to przyrządza?” Paprykę kupowali więc bardziej wyrobieni kulinarnie i światowo obywatele głównie „powracający” z zagranicznych urlopów węgiersko-bułgarskich. Ci szczęśliwcy mieli okazję zasmakować węgierskiego leczo i sałatki szkopskiej. Na pamiątkę z wakacji chętnie kupowali „ U Bratanków” paprykę w proszku oraz pastę paprykową w tubkach. Te przyprawy przydawały się do sporządzania swojskiego Paprykarza Szczecińskiego i to chyba był jeden z elementów budujący wspólnotę bratnich państw:)

        Pamiętam jaką fascynację wzbudzały w nas, młodzieżowych podróżnikach, dorodne i soczyste strąki papryki widywane na bułgarskich i węgierskich bazarach. Zjadaliśmy je na surowo ogryzając gniazda nasienne jak jabłka.

        Potrawy z papryki jako wspomnienia z zagranicznych wojaży były więc pożywieniem trochę ekskluzywnym, szpanerskim. Do czasu…

        Popularność papryki wzrastała wraz z rozwojem wiedzy i poziomu życia. Poszukiwano nowinek kulinarnych, propagowano uzupełnianie jadłospisów w warzywa nawet te „mało znane”. Już nie tylko kapusta i kalafior, ale także cukinia, brokuły, pasternak, bakłażan i papryka właśnie, która to, wraz z rozwojem nauk rolniczych, okazała się możliwa w uprawie w naszym klimacie.  Krajowa branża ogrodniczo-badylarska zwęszyła nowatorski biznes. Tunele i namioty foliowe zaczęły pokrywać co raz większe połacie polskiej ziemi. Wyhodowano także odmiany zdolne owocować wprost w gruncie bez osłon. Paprykarze rośli w siłę i doszło do tego, że w chwili klęski żywiołowej padło dramatyczne pytanie: „Jak żyć (bez papryki) Panie Premierze?”

        Polacy pokochali paprykę „jak swoją” i ja też. Właśnie zaczyna się sezon na paprykowy raj. W ubiegłym roku oszalałam na punkcie pomidorów – teraz padło na paprykę:) Ulegam tej fascynacji i karmię papryką nie tylko ciało, ale i łaknącą doznań estetycznych część duszy gdyż formy i barwy tego warzywa zachwycają.

Da się żyć!