sobota, 15 czerwca 2013

Lodowa stolica Podhala




To Nowy Targ.


Ten zaszczytny tytuł przyznałam samowolnie  sympatycznemu miasteczku nad Dunajcem i choć formalnie jest tylko siedzibą powiatu to dla mnie na zawsze pozostanie Stolicą Lodową z dwóch powodów.



Po pierwsze, jest tu wielka hala lodowa gdzie trenują i rozwijają się talenty  hokejowe.  To tu, nad niewielkim Dunajcem, łyżwiarstwo jest bardzo popularnym sportem dla miejscowej ludności, nowotarskich górali.
 
Po drugie i najważniejsze, jest tu Wielka i długa tradycja produkcji najwspanialszych na świecie lodów !

Lody Nowotarskie są z nieznanych mi powodów mało znane. Brak reklamy skazuje te wspaniałości na ograniczoną liczbę konsumentów. To trochę dobrze, bo masowa produkcja zapewne obniżyłaby ich jakość. A smak tych lodów trudno wprost opisać. Występują w niewielu smakach. Właściwie tylko w trzech: tradycyjne śmietankowe, kakaowe oraz jagodowe.Nooo, czasem jeszcze truskawkowe i kawowe. Nie znajdziesz tu kokosów, pistacji czy malagi. No i bardzo dobrze. Tradycyjna receptura rodzinnej firmy nie dopuszcza egzotycznych produktów.

Najlepsze są te śmietankowe. Subtelnie słodkie, bez sztucznych zapachów i barwników, o niezwykle gładkiej kremowej konsystencji…

Uuuuuuu…Mniam, mniam… rozpływają się rozkosznie w ustach.

Lody podaje się w tradycyjnych waflowych kubeczkach lub rożkach, nakładane po prostu wielką, drewnianą łyżką! Żadne tam okrąglutkie i malutkie gałki! Taka „łycha” to jest to ! Sprzedawane są na wagę, za śmieszną cenę 30 zł/kg, a ku uciesze klientów wielkimi literami wypisano kilkanaście powodów dla których warto jeść lody!

        Przyznaję, to cel moich sezonowych „pielgrzymek” do Nowego Targu. Bez względu na pogodę zjadam tradycyjnie solidną porcję tego smakołyku i tylko rozsądek powstrzymuje mnie przed natychmiastową repetą. Nie zawsze się to udaje, czasem zabieram zapas w termosie.

Nie jestem w tej słabości wyjątkiem. Wszyscy, przechadzający się ulicami miasteczka mają w rękach lody. Dorośli i dzieci, starsi i młodsi, bez wyjątku. Czasem zastanawiam się czy ktoś kiedyś wyliczył ilość zjadanych lodów na głowę mieszkańca Nowego Targu? 
Może jest tu ukryty, kolejny rekord Guinessa ?

I dlaczego producent tych wspaniałości nie wykorzystuje  ogromnego rynku zbytu w pobliskim, turystycznym Krakowie? Może wspomniana tradycja rodzinnej firmy nie przewiduje eksportu? Nawet takiego niedalekiego? Szkoda!

A tak przy okazji. W czasie wojny Nowy Targ był celem wędrówki repatriantów z okolic Lwowa i Stryja. Tu chronili się nasi rodacy uciekając przed inwazją sowiecką.  Już tu zostali, młodzi wybierali się na studia do Krakowa i tu zakładali rodziny…







sobota, 8 czerwca 2013

W Polskę jedziemy!



Stuku,puk…Stuku,puk… Bach, bach, bach… Fiiiiiiiuuuuuuuuuuuuu! Jedzie pociąg PKP daleko… 

Elegancko, szybko, punktualnie, a nawet z wdziękiem, przemykam na drugi koniec Polski. Dziewięć godzin dość wygodnej jazdy i wita mnie przecudna ziemia lubuska. Za oknem lesista równina. Dominują wysokie piękne sosny. Grube i gładkie, brązowe pnie pięknie prezentują się oświetlone słońcem, niemal opalizują. Patrząc na te sosny nawet z oddalenia instynktownie czuję  zapach rozgrzanej letnim upałem żywicy. Ach, te moje lubuskie wakacje, dawno, dawno temu…  

Ostatni etap kolejowej podróży /połączenie regionalne/ pokonuję czyściutkim i szybkim pociągo - tramwajem. Gdzie się podział obskurny skład wysłużonych wagonów drugiej klasy? Gdzie te wiecznie zacinające się wagonowe drzwi, których nie sposób otworzyć bez pomocy? Gdzie lepkie od brudu i mętne okna w kolejowym przedziale? Nie ma. Jest błyszczący i jasny wagon oraz uśmiechnięty konduktor w śnieżnobiałej koszuli. Za oknem zielone pola, rzeki, rzeczki i jeziorka. Mokro tu. Bywało, że woda rozlewała się szeroko, aż po same kolejowe tory. Tym razem udało się suchymi kołami dotrzeć do celu. To Gorzów Wielkopolski. To co widzę z okien super-pociągu napawa optymizmem. Pięknie zadbane nabrzeże Warty. Urządzono tu spacerowe trakty, widzę kawiarniane ogródki tuż nad wodą i chyba nawet mają tu miejską rzeczną plażę. Wypiękniałeś Gorzowie choć odebrano ci rangę województwa.

        A ja jadę dalej na północ i oto jestem w Myśliborzu. Miasteczko małe, ale wjazdu pilnują dwie całkiem spore zabytkowe bramy. Mamy tu także rzekę Myślę oraz ogromne jezioro Myśliborskie bogate we wszystkie wodne atrakcje. 

Oto jedna z bram Myśliborza, foto Bet
 
Fragment jeziora Myśliborskiego, foto Bet

Miasteczko tętni niemal wielkomiejskim życiem. Jak to się dzieje, że pomimo znacznego wskaźnika bezrobocia i braku większych zakładów pracy  pełno tu super, hiper oraz mini marketów wszystkich popularnych sieci. Nadmiar samochodów wymusza obfitość znaków zakazu parkowania. A jakże! 

 Oprócz tego, pełno tu pamiątek po dawnych właścicielach, Niemcach. 

Pomnik na cmentarzu w Myśliborzu
To Ziemie Odzyskane co bardzo wyraźnie widać  na miejskim cmentarzu, który składa się z dwóch części: polskiej i niemieckiej. Całość porządnie utrzymana i często odwiedzana.  Nie wiem czy ten pomnik postawili Polacy czy Niemcy?  Wyjaśnię to przy następnej tu wizycie bo teraz wzywa mnie urokliwa okolica i malutka wioska położona wśród lasów i pól.  Tam dojechać można już tylko samochodem. Lokalna linia kolejowa zarosła zielenią, w starym budynku dworcowym mieszkają ludzie. Kursuje tylko autobus szkolny… Dziki Zachód.

Droga na skraj lubuskiej wioski, foto Bet
 
Część drogi jest utwardzona poniemieckim brukiem, część zalana polskim asfaltem, a na skraj wioski prowadzi już tylko ubity piach. Urocze - dla gości. Dla mieszkańców - uciążliwe. Ale cóż, w zamian, w pobliskim lesie okresowo pełnym grzybów, taka oto perełka!

Jezioro leśne bez nazwy, foto Bet

Jezioro leśne bez nazwy, foto Bet

Jezioro leśne bez nazwy, foto Bet
 
Leśne jezioro bez nazwy, foto Bet

Doprawdy, cudna to kraina! Piękna i tajemnicza, trochę obca. Bo jednak czuje się tu ducha dawnych właścicieli. Ich ślady jeszcze nie zatarte, polskie korzenie jeszcze nie zapuszczone dostatecznie głęboko. Mało jest jeszcze ludzi „ stąd”…




sobota, 1 czerwca 2013

Szpinak i inne dziecięce szykany



        Będę okrutna i w Dzień Dziecka wspomnę jak ciężkie szykany spotykały dzieci peerelu.


Po pierwsze – szpinak! Zmora i przekleństwo wielu z nas. Szpinak jest zdrowy - przekonywały przejęte mamy zmuszając do zjadania mało apetycznej, zielonej papki. Łłłłłeeeeeee… wybrzydzaliśmy i wykrzywialiśmy buzie. Dlaczego to cenne warzywo podawano w tak odrażającej formie? 


Po drugie – zupy mleczne z grysikiem na czele. Brrrr… Gęsta, biała papa posypana cukrem. Trochę lepiej prezentował się makaron lub ryż zalany mlekiem, a rarytasem w tej kategorii była ręcznie skubana zacierka. 

Po trzecie – tran. Przymusowa łyżka rybiego oleju o naturalnym rybim zapachu i smaku. Wszyscy cierpieliśmy na niedobór witaminy D i tran trzeba było łykać bez znieczulenia zakąszając posolonym chlebem.  Inne, niż witamina D niedobory uzupełnialiśmy sami. Jedliśmy tynk ze ściany, pomarańczową pastę do zębów, węgiel, na łące – bucę* i szczaw, a wczesną wiosną zielone jabłka.

Po czwarte – szkolne represje. Hmm… dużo tego było. Zacznę od wywoływania po nazwisku do odpowiedzi przy tablicy. Ba, często nazwiska zastępowano po prostu numerem z klasowego dziennika. Do dziś pamiętam, że byłam numerem 35. Dodając do tego jedną z ostatnich pozycji w ustawieniu szeregowym „według wzrostu” – kompleks niższości gotowy.

Kary cielesne w postaci bicia linijką „po łapach”, trzaskanie dziennikiem lekcyjnym w stół, a niekiedy w głowy niesfornych uczniów? Wykręcanie uszu i szarpnięcia za króciutkie włoski nad chłopięcymi uszami? Szkolne tortury wspominane jednak po latach z uśmiechem i bez żalu dla pedagogicznych oprawców.

Przeżyliśmy te nasze dziecięce traumy, które uczyniły nas odpornymi na twarde koleje losu. Wyrośliśmy bez rozczulania się nad kruchością dziecięcej psychiki i jednak wspominamy tamte czasy z rozczuleniem.

Na pocieszenie proponuję dziś współczesny szpinak w lepszej estetycznie i smakowo wersji. Dla kontrastu.



* - „buca” to takie ziele na łąkach o liściach podobnych do chrzanu. Jadalna była łodyga po zdjęciu skórki jak z rabarbaru. Im cieńsza ta łodyga tym bardziej soczysta - jak rzodkiewka albo rzepa. Grubsze pędy były piekące.
    

No i wydało się! Tajemnicza „buca” wydaje się być pospolitą lebiodą o biologicznej nazwie Komosa Biała. Chwast o sporych walorach odżywczych, jedzony powszechnie przez lud, w okresach niedostatku pożywienia na „przednówku”. Pędy tej rośliny obecnie są przyrządzane i podawane jak szparagi… Ho,ho, niegdyś roślina biedaków, teraz wstąpiła na salony.

 Kto nie wierzy, niechaj klika  TUTAJ !  


2 czerwca 2013

Wiadomość z ostatniej chwili!  Kto chce zobaczyć "bucę" w pełnej okazałości niech kliknie TU ! 
No i... smacznego!