To słowo robi oszałamiającą karierę w tegorocznym sezonie
balowym. Przepytywani na tę okoliczność
celebryci i artyści deklarują, a nawet preferują, zabawę na domówkach. Taki jest tegoroczny
trend i dobry styl. Czyżby przykrojony pod potrzebę kryzysu? Chwalenie się
uczestnictwem w ekskluzywnych balach
niestosowne w chudych czasach?
Skromna, czarno-biała peerelowska TVP z lubością pokazywała
bale i wielkie sylwestrowe imprezy, roztańczonych i wystrojonych w brokaty
rodaków, nawet tych powracających do domów „wężykiem” … Bale, bale i baliki
nawet w zakładowych stołówkach strojnych w bibułkowe dekoracje – to był hit
noworocznych Wiadomości TVP.
Teraz modnie jest być na domówce… Bywanie na balowych salach
może i niestosowne, ale dlaczego „domówka”?
Jak można tak spospolitować nasze cudowne, kultowe i umiłowane p r y w a
t k i ??? Jak można nazwać je tak pospolicie, banalnie i wręcz… prostacko? Czyż
nawet porównanie brzmienia tych słów nie mówi samo za siebie?
Prywatka! To słowo brzmi tak przyjaźnie, dynamicznie, wartko.
Pachnie perfumami „Być Może…” i błyszczy brokatem w utapirowanych kokach,
przywołuje Big-Bitowe rytmy.
Domówka –
kojarzy się z poduchą dla leniuchów i nudziarzy w dresie i przydeptanych
kapciach. Spróbujcie zaśpiewać za Gąsowskim: „gdzie się podziały tamte domówki…” Sami widzicie, jak to brzmi.
Kochaliśmy prywatki, te święte dla młodzieży, małe,
kameralne imprezki, które odbywały się w
domach, mieszkaniach, nawet całkiem malutkich. Te były chyba najlepsze! Na
kilku kwadratowych metrach mieściło się wszystko: parkiet do tańca, stanowisko
muzyczne oraz bufet. Konsumpcja i twórcze dyskusje gdzie popadło: na podłodze,
poręczy kanapy albo na okiennym parapecie.
Prywatka
zaczynała się zawsze zwijaniem dywanu oraz instalowaniem gramofonu. Wiem, wiem,
pokazywałam go już nie raz, ale nie waham się zrobić to ponownie gdyż staruszek
Bambino na to zasłużył. Jest teraz wesolutki
gdyż odnalazły się jego ulubione pocztówki grające. Zwłaszcza ta z piosenką
Kasi Sobczyk „Mały książę”… Ach, ileż nastoletnich łez wzruszenia kapało na te
plastikowe krążki. Och… jak to pięknie charczało… Jak smakowało ukradkiem
przemycane tanie wino marki Vino oraz kanapki z pastą śledziową… Jak upojne
były przytulanki i flirty w cieniu okiennych zasłon, ukradkowe nieśmiałe
pocałunki pomimo kontroli rodzicielskiej sprawowanej z sąsiedniego pokoju.
Tego wszystkiego nie da się
przeżyć na banalnej domówce, prawda?
Dlaczego
te dawne domowe potańcówki nazywano prywatkami? Może to wpływ nieuświadomionej
tęsknoty za wolnością i prywatnością? Taki mały, malutki buncik przeciw systemowi? Kto wie, może coś takiego
w tym było?




