sobota, 25 lipca 2026

Mój mały, osiedlowy sklepik

         Zasadniczo jestem miłośnikiem takich sklepików zwłaszcza gdy wśród mieszkańców osiedla dominuje grupa mało mobilnych emerytów i samotnych, starszych osób, ale Ten Sklepik zasługuje na umieszczenie go w kategorii reliktów gorszego okresu PRL i ogólnie do tego bloga pasuje jak ulał.

Jest pieczywo, nabiał, mięso i wędliny, owoce i warzywa oraz wszelakie konserwy, słodycze i napoje. Niby fajnie, prawda? Ale, ale…

        Już od dawna i nie bez powodu, określam to miejsce mianem „Brudny Sklep”. Jest on zdecydowanie mało powierzchniowy a mimo to obowiązuje system na wpół samoobsługowy gdyż nie wszystkie towary dostępne bezpośrednio dla klienta. Balansowanie w wąziutkimi ścieżkami pomiędzy kartonami stanowi dodatkową atrakcję zwłaszcza zimową porą gdy klient odziany w grube płaszcze i kurty.

        Nabiał eksponuje się w szafie chłodniczej… Bez używania  funkcji chłodzącej. Ot, taki sobie regał, który zasłania się folią z dni szczególnie gorące. Jakby to miało zapewnić odpowiednią dla mleka i śmietany temperaturę :) Kartony z jajami kładzie się obok, wprost na posadzce. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie korzystać ze sklepowych koszyków, które lepią się od brudu. Ja posługuję się własnym, wiklinowym. 

 

        Lada chłodnicza, owszem jest, dla mięs i wędlin oraz okresowo dla bardziej na upał wrażliwych produktów lecz opatrzona groźnym napisem: „Nie ruszać!”. Och, strach się bać.

        Pieczywo luzem wybieramy z drewnianych skrzyń ustawionych na najniższym poziomie czyli z podłogi. Obowiązuje zasada: Ćwicz skłony i nie zważaj na bliskość zadeptanej butami posadzki. Dla wrażliwych są dostępne reklamówki „zrywki” przy kasie.

        Owoce leżą nieopodal w „firmowych wprost z bazaru” kartonach, a warzywa spokojnie wysychają powyżej, na drucianym regale. Osobne miejsce jest dla skrzynki na ziemniaki, które trzeba osobiście nakładać do reklamówki. Swoimi palcami i bez stosownej osłony. Uwaga! Dziś otrzymałam propozycję samodzielnego uniesienia worka z ziemniakami i wsypania ich do skrzyni gdyż… Sklepowa cierpi na ból kręgosłupa. Dostałam do wyboru: zadowolić się resztkami z dna skrzyni lub osobistego jej napełnienia lepszym towarem. To chyba zaszczyt?

Z takimi, utytłanymi ziemią, palcami przechodzimy do lady z kasą i dokonujemy płatności wprost na ladę zasłaną brudnymi plastikowymi podkładkami. Ale kasa fiskalna jest, elektroniczna… Choć stosownie do otoczenia brudna aż strach. Podobnie jak blat lady za którym królują Panie ekspedientki w  cywilnych ubraniach bez osłony fartuszków i czepków, w sezonie infekcji czasem kichające i prychające z powodu przeziębienia. Ech…

        Ale co tam higiena! W sklepiku panuje unikalna, familiarna, atmosfera. Właściciel – uwielbiany przez osiedlowe emerytki Pan Mareczek nierzadko wywołuje klientki po nazwisku, nieomal pieszczotliwie: „Pani Kowalska, co dziś kupujemy?” I tu następuje wartki dialog na temat domowego menu u szefa i klientki. Włącznie z wymianą kulinarnych receptur. Jednego razu Pan Mareczek wygłosił orędzie:  „Handel tu w sklepie mi się nie opłaca, gdyby nie zaopatrzenie dla dwóch przedszkoli to zamykam interes. Cieszcie się, że jeszcze jestem”. Ot, ludzki pan.

        A ja zgrzytam zębami i przysięgam w duchu, że więcej tu nic nie kupię. To mi się udaje okresowo, do czasu gdy zabraknie akurat kilku ziemniaków… A na bazarek jest o wiele dalej.

        Taką oto „perełkę” minionego czasu dziś zaprezentowałam. Dla porządku trzeba dodać, że żadnej sanitarnej afery tu nie było, nawet za czasów pandemii. Wszyscy klienci żyją i może to jest dowód, że nadmiar higieny jest przereklamowany?