Lubię
Adwent. Ten dawniejszy, z ubiegłego wieku, był śnieżny i mroźny. Świąteczne
podniecenie potęgował widok owiniętych w szary papier choinek na balkonach i
kruszejących za oknami zajęczych tuszek. Dziecięcą nudę zabijało klejenie
łańcuchów z bibuły i owijanie złotkiem orzechów oraz szperanie w domowych
zakamarkach w poszukiwaniu ukrytych prezentów. Rozmowy dorosłych koncentrowały
się na przekazywaniu wiadomości „kiedy rzucą cytryny”, kto zabije karpia, kto
zmieli mak i kiedy umyć okna skoro mróz na dworze? Dzieci beztrosko bawiły się
na śniegu. Zjeżdżały sankami wprost na ulicę, a po zamarzniętej jezdni kręciły
łyżwami ósemki. Ulice były dla dzieci, nie dla samochodów. I bęc, i łup, na
twardy lód! Policzki i nosy czerwone, dłonie zmarznięte w sztywnych od mrozu
rękawiczkach. Buciki i spodnie mokre,
ale co tam! Musi być też chwila na dziecięce ploteczki: A my
mamy już choinkę taaką dużą aż pod sufit! Do nas przyszła paczka z Ameryki! A
ja dostałam „śpiącą” lalkę, niepolskom… A mój tata kupił kolorowe lampki. A mój
brat znalazł w szafie skrytkę na prezenty…
W
wieczór Mikołaja dzieci bardzo wcześnie chciały spać aby jak najszybciej
zajrzeć pod poduszkę. Zawsze coś tam znalazły. Kolorowe pakuneczki, złote rózgi
i cukierki. Jak to? Kto to? Kiedy to? Dziecięce zdumienie było pewne pomimo
zdobytej wiedzy, że Mikołaj nie istnieje.
Mikołajowa magia to magia.
Lubię
Adwent współczesny. Słoneczny i ciepły, nieomal wiosenny, ale zawsze pachnący
upieczonym właśnie piernikiem. Lubię wczesny zmrok i blask adwentowych świec. Lubię
planować świąteczne zakupy i domowe czynności. Tu wytrę półeczkę, umyję ułożone
na niej dla ozdoby drobiazgi, tam wyczyszczę samowar, uporządkuję szuflady. Tak
zapełniam czas oczekiwania. Lubię
kompletować i pakować prezenty: Mydełko dla Zbyszka, koraliki i krem dla Ewy,
perfumy dla mamy, drobiazgi według życzeń dla nieznajomych-znajomych
Robótkowych. Poszukiwanie jedliny i jemioły. Tak, tak! Poszukiwanie jemioły bo
choć to już 6 grudnia, na bazarku pusto! Nie ma choinkowych świecidełek,
zielonych drzewek i gałązek. Nie ma jemioły! W ulubionym rybnym sklepiku
jeszcze nie ma kadzi z karpiem…
Czyżby…
Konkurencja pobliskich supermarketów zabiła mój bazarek? Tam, w wielkiej hali
aż się roi od świątecznych ozdób, a w basenach śmigają ryby wszelkiej
wielkości. Byłam i widziałam, a nawet kupiłam co nieco błyszczącego i
chińskiego… Aż mi wstyd za zdradę. Jeszcze wrócę na bazarek, wrócę po pszenicę
na kutię, po suszone jabłka i jemiołę. Jeszcze czas nacieszyć się oczekiwaniem
zanim przyjdą nieuniknione Święta i wszystkim nam przybędzie jeden rok.
