piątek, 10 lutego 2017

Ogólnokrajowy Dzień Pisania Piórem



       
       Tak, tak! Nadal widnieje w kalendarzu „świąt różnych, a nawet dziwnych” /http://www.kalbi.pl/  pod datą 12 lutego. W kalendarzu widnieje, ale czy w rzeczywistości ktoś to wydarzenie jeszcze jakoś celebruje? Hmmm… Zważywszy na to, że obchody pierwszego Ogólnopolskiego Dnia Pisania Piórem w 2011 roku patronatem swym objęły Panie: ówczesna Prezydentowa  Anna Komorowska oraz ówczesna i obecna Prezydent W-wy Hanna Gronkiewicz - Waltz, sądzę, że mało będzie odważnych do podjęcia działań w tym temacie. Obie patronki z 2011 roku pozostają dziś na pozycji „wyklętych” albo co najmniej „niepopularnych”. 

A co w tym zawiniło poczciwe i zasłużone dla ludzkości pióro? W dodatku Wieczne i to nie tylko z nazwy?  Ten zacny przyrząd wynalazł i w dniu 12 lutego 1884 roku opatentował pan Lewis Edson Waterman w Nowym Jorku. Amerykańskie pochodzenie wynalazku zwiększa nieco jego szansę na utrzymanie swojego miejsca w kalendarzu wyjątkowych dni. Czyż nie?

Jako przedstawiciel odchodzącego pokolenia „piśmiennych ręcznie” choć obdarzona dość pospolitym charakterem pisma zachęcam do uhonorowania Jubilata /133 latek liczy sobie ten piśmienniczy Dziadek/ wspomnieniami z szkolnych lat.

Edukacja wczesnoszkolna wykształciła w nas szacunek dla Wiecznego Pióra. Posługiwanie się nim powierzano dzieciom, które opanowały już sztukę pisania  wpierw za pomocą ołówka,  potem pióra zwykłego z wymienną stalówką maczaną w atramencie. Pióro wieczne napełniane atramentem z kałamarza to był kolejny etap edukacji pojmowany przez uczniów jako wyróżnienie, nagrodę za postępy w nauce. Dzieci uczono porządnego, czytelnego stawiania liter nazywając to szumnie nauką kaligrafii. Za brak efektów w „ładnym” pisaniu pomimo zwiększonej ilości ćwiczeń nie karcono zbyt dotkliwie uznając, że często przyczyną może być brak talentu bardziej niż chęci nauki. Noooo chyba, że trafiło na ewidentnego lenia, niechluja lub, o zgrozo, osobnika z wypaczoną duszą! Nie bez przyczyny od zawsze uznaje się, że charakter pisma jest obrazem charakteru i ujawnia cechy osobowości. Niestety, w takich przypadkach nawet klaps linijką po łapkach lub surowy nakaz: „Napisz mi sto razy to słowo!” - nie pomagał. Nie wiem jak tam u chłopaków, ale grzeczne dziewczynki bardzo sobie ceniły ładne pismo i starały się dorównać najlepszym. Mnie się zdarzało podpatrywać u koleżanek krój niektórych literek i stosować go w swoim piśmie. Czy było to jednoznaczne kopiowaniem jakichś cech charakteru? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Estetyka była ponad wszystko. Mniejsza o charakter:)

Z estetyką zeszytów szkolnych bywało trudno. Największą zmorę stanowiły kleksy z atramentu. Te zdarzały się najczęściej przy pisaniu piórem zwykłym. Niewprawne w pisaniu dziecięce paluszki nie raz zbyt mocno naciskały na papier i trach… Stalówka traciła swój rozdwojony czubek, a na papier spływał kleks! Wrrr… Atrament plamił też palce, pryskał na fartuszki sięgając czasem aż do białych kołnierzyków i końcówek warkoczy. Zaplamiony kleksami tekst należało przepisać. Dzieci próbowały uniknąć tej pracy czyszcząc plamy gumką o zwilżonej językiem powierzchni lub wydrapując plamę żyletką. Pozytywny efekt tych zabiegów był rzadkością. Najczęściej w kartce powstawała dziura i trzeba było zaczynać pisanie od początku, skupiając uwagę na prawidłowym prowadzeniu pióra po papierze. Niekiedy przyczyną kleksów i rozmazywania się pisma była zła jakość zeszytowego papieru. Wtedy największe nawet skupienie nie pomagało i kartkę plamiły łzy bezsilności. Ech, trudne było życie młodocianego ucznia… Dlatego z entuzjazmem witano możliwość posługiwania się piórem wiecznym, mniej kłopotliwym w użyciu. Teraz głównym zadaniem młodego pisarza było zadbanie o napełnianie atramentem zbiorniczka umieszczonego w środkowej części obsadki. To był wieczorny rytuał jako element przygotowania przyborów i pakowania tornistra na zajęcia w dniu następnym. Już nie trzeba było wędrować z kałamarzem w dłoni. Wystarczył mały zbiorniczek w wiecznym piórze. Czy to nie była nobilitacja na wyższy stopień wtajemniczenia? Była!

Potem wynaleziono długopisy. Nie pamiętam, aby wzbudzały tyle emocji co wieczne pióra. Może w pierwszych dniach użytkowania do momentu wyczerpania pierwszego wkładu tuszem. Długopisy nie były „wieczne” i zapasowe wkłady tuszu trzeba było kupić w kiosku Ruchu. Tak po prostu wymienić wnętrze. Zwyczajna czynność bez aury rytuału czy nawet uczniowskiego obrzędu. Z czasem nastąpiło takie rozpasanie, że „wypisane” długopisy zwyczajnie wyrzucano. Na śmietnik.

Och, ale się rozmarzyłam… Wystukując te wspomnienia na klawiaturze czule wspominam atramenty, kleksy i stalówki. Atrybuty sztuki pisania, które odchodzą podobnie jak potrzeba umiejętności ładnego pisania. Klawiatura jednakowa dla wszystkich i jak z takiego pisania odczytywać cechy charakteru oraz głębię duszy? No jak?

Może to i lepiej, że nie można? Hi, hi, hi…

 

czwartek, 2 lutego 2017

Drugi lutego? Obudzić misia – notka meteorologiczna



Aby nie być posądzoną o polityczne aluzje wyjaśniam w tytule i zaraz na samym wstępie, że chodzi o ludową przepowiednię nie/rychłego nadejścia wiosny.

Znacie tę bajeczkę? Jasne, że znacie. Publikowałam tekst o podobnej treści w 2011 roku. Pięciolatka z hakiem upłynęła więc przypominam dla porządku oraz z osobistego umiłowania tej historyjki:

 Drugiego lutego niedźwiedź budzi się ze snu zimowego i wyłazi z nory. Gdy zaświeci słońce, miś przestraszy się swojego cienia i wraca do nory. Śpi dalej, zima będzie trwać jeszcze sześć tygodni. Jeśli dzień jest pochmurny Miś nie zobaczy swojego cienia i dziarsko wyruszy na spacer – o dalszym spaniu nie ma już mowy i zaczyna się wiosenne przebudzenie w całej przyrodzie. 

Urocza historyjka, która tak mocno zapadła w moją duszę, że każdego roku o tej porze bacznie obserwuję pogodę. Dziś pogoda zmienna. Ranek był pochmurny. Dobra nasza – myślę uradowana  nadzieją na pomyślną misiowatą wróżbę. Aż tu… W samo południe, słońce wyszło tak ochoczo, że aż oślepiło śnieżnym blaskiem! No i jak się tu nie przestraszyć? Misiu, pełne zrozumienie wrażliwej niedźwiedziej natury. Niestety jeszcze nie pora na wiosnę. Chyba, że… Miś wyjdzie z nory po południu, właśnie teraz jest właściwy moment! Bez cienia cieni! Niechże szanowny miś ruszy TERAZ swoją wielką tuszę i spełni przepowiednię z korzyścią dla okolicznej ludności. No już, do lasu marsz! 

Wieczorem zapewne dowiemy się z narodowej telewizji, że dziś jest Dzień Świstaka. To „wiosenny wróżbita” uznawany i czczony w dniu drugiego lutego za oceanem czyli u naszego największego sojusznika. Ojść! Miało być bez politycznych aluzji! A niech tam, politycznie lub nie, import Świstaka jest bezcelowy bo co też taki obcy zwierzak może wiedzieć o naszej wiośnie? Swojski miś wie lepiej. Zwłaszcza gdy go odrobinę zmanipulować wypychając z gawry o odpowiedniej porze dnia. Hi, hi, hi...

Oby do wiosny!

niedziela, 22 stycznia 2017

Papierowe pamiętniki z głębi szuflady



                     Papier, papierowy, z papieru… Te słowa kojarzą się z czymś nietrwałym, podatnym na zniszczenia. Jak w takim razie papierowe kartki mogły służyć przechowywaniu wspomnień i utrwalaniu pamięci? Musiały, bowiem innych nośników pamięci nie znano lub były one niedostępne zwykłym ludziom. Okazuje się, że papier i zapisane na nim słowa całkiem dobrze trwają przez dziesięciolecia. Trwają dodatkowo obdarzone magią pamięci dotyku osób zapisujących te papierowe karty. 

        Wielu z nas przeżywało w swoim życiu etap potrzeby  dokumentowania znajomości, przyjaźni i miłości. Dzisiejsze nastolatki też tak mają i dlatego kolekcjonują „społecznościowych znajomych” oraz fejsbukowe lajki. Czyli, w tej sprawie tak naprawdę niewiele się zmienia oprócz metody działania.

          Przypominam zatem opublikowane w 2010 roku na Onet Blog Pogadajmy... wspomnienia o młodzieńczych pamiętnikach z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

          Hi, hi, hi… Ale to poważnie zabrzmiało! Ojej… Ale niech tam, wspominajmy skoro czas po temu.
 
 
Na górze róże, na dole fiołki
Kochajmy się razem
Jak dwa aniołki

Letnie porządki w piwnicy odsłaniają kolejne tajemnice schowane w zakurzonych kartonowych pudełkach. Tym razem natrafiłam na moje dziewczęce Pamiętniki.  

Pamiętniki – co to takiego? Ozdobne zeszyty, oprawiane w „eleganckie” oprawki z plastiku, dermy, a nawet tkaniny… Różnych rozmiarów i kształtów. Kolejne kartki kryją dziewczęce wspomnienia. Dawne przyjaciółki, koledzy, ciocie, wujkowie i nauczyciele... Wpisy „ku pamięci”! Jakaż tu inwencja i różnorodność! Napuszone w formie  życiowe mądrości pisane dziecinnym pismem teraz śmieszą - dawniej traktowane były z powagą i pokazywane z dumą.
 
 

Były też żartobliwe: ”kupa mięci, mięci kupa, wpisał ci się Wojtek Krupa”. Pod spodem ujawnia się autor wpisu na przykład Zosia.  Czasem Dowcipna Zosia zaginała rożek kartki i umieszczała na zagięciu intrygującą informację: „Sekret”!
Wszyscy oczywiście zaglądali w ten „sekret” i dowiadywali się  że: ”kto ciekawy niech wsadzi nos do kawy”.
Czy to nie było urocze?
 
 

Sentencje i zapewnienia wiecznej pamięci ozdabiane były rysuneczkami. Własnoręcznymi! Kto był słabszy plastycznie posiłkował się kopiowaniem obrazeczków za pomocą kalki technicznej. W skrajnych przypadkach niedoboru materiałów biurowych używano papieru śniadaniowego zamiast kalki. Ładny rysunek obok wpisu to kolejny powód do dumy dla właściciela pamiętnika. Wierszyki oraz rysuneczki /lub ich brak/ wiele mówiły o usposobieniu autora wpisu. To takie małe studium psychologiczne charakteryzujące dzieci z tego okresu. Kto wie, powstała lub powstanie jakaś praca naukowa na ten temat? Może temat wart zachodu?




 Śmiech, śmiechem, ale przeglądając te stare pamiętniki budzą się wspomnienia. Widzę ówczesne buzie moich koleżanek i kolegów, słyszę ich dziecięce głosy, przypominam sobie w jakich chodziły sukienkach i sweterkach, co razem przeżywaliśmy. Ten zapisany i zabazgrany dziecięcymi rączkami papier działa! Bez elektroniki i zasilania prądem. Bez klikania i pstrykania otwiera kolejne zakładki pamięci i wywołuje obrazki jak żywe ! Ot, cud ludzkiej pamięci i wyobraźni!

        Pamiętnikowe sentencje miały jakąś magiczną moc zalegania w pamięci. Przeglądając przedwojenny pamiętnik mojej mamy na całe życie zapamiętałam pewien wpis, którego autorką była jedna z ówczesnych nauczycielek. Cytuję: „Szczęściem jest nie szukać wzajemności”. Hmmm… Czy przedwojenna nauczycielka miała rację lansując taką życiową postawę? Często się nad tym zastanawiałam przy okazji przeżywania wielu osobistych doświadczeń i do dziś nie wiem czy należy się taką dewizą kierować.

Tak czy siak - kochajmy stare papierowe pamiętniki !

ps Dziękuję alElli za udostępnienie zawartości swojej szuflady i osobistych pamiętnikowych wpisów