Tak, tak! Nadal widnieje w
kalendarzu „świąt różnych, a nawet dziwnych” /http://www.kalbi.pl/ pod datą 12 lutego.
W kalendarzu widnieje, ale czy w rzeczywistości ktoś to wydarzenie jeszcze
jakoś celebruje? Hmmm… Zważywszy na to, że obchody pierwszego Ogólnopolskiego
Dnia Pisania Piórem w 2011 roku patronatem swym objęły Panie: ówczesna
Prezydentowa Anna Komorowska oraz
ówczesna i obecna Prezydent W-wy Hanna Gronkiewicz - Waltz, sądzę, że mało
będzie odważnych do podjęcia działań w tym temacie. Obie patronki z 2011 roku
pozostają dziś na pozycji „wyklętych” albo co najmniej „niepopularnych”.
A
co w tym zawiniło poczciwe i zasłużone dla ludzkości pióro? W dodatku Wieczne i
to nie tylko z nazwy? Ten zacny przyrząd
wynalazł i w dniu 12 lutego 1884 roku opatentował pan Lewis Edson Waterman w
Nowym Jorku. Amerykańskie pochodzenie wynalazku zwiększa nieco jego szansę na
utrzymanie swojego miejsca w kalendarzu wyjątkowych dni. Czyż nie?
Jako
przedstawiciel odchodzącego pokolenia „piśmiennych ręcznie” choć obdarzona dość
pospolitym charakterem pisma zachęcam do uhonorowania Jubilata /133 latek liczy
sobie ten piśmienniczy Dziadek/ wspomnieniami z szkolnych lat.
Edukacja
wczesnoszkolna wykształciła w nas szacunek dla Wiecznego Pióra. Posługiwanie
się nim powierzano dzieciom, które opanowały już sztukę pisania wpierw za pomocą ołówka, potem pióra zwykłego z wymienną stalówką
maczaną w atramencie. Pióro wieczne napełniane atramentem z kałamarza to był
kolejny etap edukacji pojmowany przez uczniów jako wyróżnienie, nagrodę za
postępy w nauce. Dzieci uczono porządnego, czytelnego stawiania liter nazywając
to szumnie nauką kaligrafii. Za brak efektów w „ładnym” pisaniu pomimo
zwiększonej ilości ćwiczeń nie karcono zbyt dotkliwie uznając, że często
przyczyną może być brak talentu bardziej niż chęci nauki. Noooo chyba, że
trafiło na ewidentnego lenia, niechluja lub, o zgrozo, osobnika z wypaczoną
duszą! Nie bez przyczyny od zawsze uznaje się, że charakter pisma jest obrazem
charakteru i ujawnia cechy osobowości. Niestety, w takich przypadkach nawet
klaps linijką po łapkach lub surowy nakaz: „Napisz
mi sto razy to słowo!” - nie pomagał. Nie wiem jak tam u chłopaków, ale
grzeczne dziewczynki bardzo sobie ceniły ładne pismo i starały się dorównać
najlepszym. Mnie się zdarzało podpatrywać u koleżanek krój niektórych literek i
stosować go w swoim piśmie. Czy było to jednoznaczne kopiowaniem jakichś cech
charakteru? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Estetyka była ponad wszystko.
Mniejsza o charakter:)
Z
estetyką zeszytów szkolnych bywało trudno. Największą zmorę stanowiły kleksy z
atramentu. Te zdarzały się najczęściej przy pisaniu piórem zwykłym. Niewprawne
w pisaniu dziecięce paluszki nie raz zbyt mocno naciskały na papier i trach…
Stalówka traciła swój rozdwojony czubek, a na papier spływał kleks! Wrrr…
Atrament plamił też palce, pryskał na fartuszki sięgając czasem aż do białych
kołnierzyków i końcówek warkoczy. Zaplamiony kleksami tekst należało przepisać.
Dzieci próbowały uniknąć tej pracy czyszcząc plamy gumką o zwilżonej językiem
powierzchni lub wydrapując plamę żyletką. Pozytywny efekt tych zabiegów był
rzadkością. Najczęściej w kartce powstawała dziura i trzeba było zaczynać
pisanie od początku, skupiając uwagę na prawidłowym prowadzeniu pióra po
papierze. Niekiedy przyczyną kleksów i rozmazywania się pisma była zła jakość
zeszytowego papieru. Wtedy największe nawet skupienie nie pomagało i kartkę
plamiły łzy bezsilności. Ech, trudne było życie młodocianego ucznia… Dlatego z
entuzjazmem witano możliwość posługiwania się piórem wiecznym, mniej
kłopotliwym w użyciu. Teraz głównym zadaniem młodego pisarza było zadbanie o
napełnianie atramentem zbiorniczka umieszczonego w środkowej części obsadki. To
był wieczorny rytuał jako element przygotowania przyborów i pakowania tornistra
na zajęcia w dniu następnym. Już nie trzeba było wędrować z kałamarzem w dłoni.
Wystarczył mały zbiorniczek w wiecznym piórze. Czy to nie była nobilitacja na
wyższy stopień wtajemniczenia? Była!
Potem
wynaleziono długopisy. Nie pamiętam, aby wzbudzały tyle emocji co wieczne
pióra. Może w pierwszych dniach użytkowania do momentu wyczerpania pierwszego
wkładu tuszem. Długopisy nie były „wieczne” i zapasowe wkłady tuszu trzeba było
kupić w kiosku Ruchu. Tak po prostu wymienić wnętrze. Zwyczajna czynność bez
aury rytuału czy nawet uczniowskiego obrzędu. Z czasem nastąpiło takie
rozpasanie, że „wypisane” długopisy zwyczajnie wyrzucano. Na śmietnik.
Och,
ale się rozmarzyłam… Wystukując te wspomnienia na klawiaturze czule wspominam
atramenty, kleksy i stalówki. Atrybuty sztuki pisania, które odchodzą podobnie
jak potrzeba umiejętności ładnego pisania. Klawiatura jednakowa dla wszystkich
i jak z takiego pisania odczytywać cechy charakteru oraz głębię duszy? No jak?
Może
to i lepiej, że nie można? Hi, hi, hi…
