poniedziałek, 2 października 2017

Pogadajmy o grzybobraniu



        Zakładowa wycieczka na grzyby – oto perełka wśród rutynowych działań Rady Zakładowej uspołecznionych zakładów pracy w czasach minionych. Jakże miła odskocznia od prozaicznego liczenia worków kartofli i cebuli przeznaczonych na zimowe zaopatrzenie pracowniczych piwnic. Grzybobranie bowiem, w samej swej nazwie zawiera aromat leśnego runa, blask prześwitującego przez gałęzie jesiennego słońca, odgłosy  ptaków i radosne pohukiwania grzybiarzy. Wspólna wyprawa na grzyby to nie tylko sprawa zapełnienia spiżarni, ale również kwestia zawiązywania więzi i bratania się załogi. W organizacji grzybobrania tkwił więc większy niż tylko kulinarny sens. Pracownicy na ogół chętnie uczestniczyli w takiej wyprawie bo umiłowanie do grzybowych potraw czasem górowało nad niechęcią do szefa lub współpracownika. Zresztą zgodnie z założeniem ideologicznym imprezy, służbowa niechęć ulatywać miała wraz z dymem wieczornego ogniska kończącego pracowity dzień zbieraczy. Jakże to boczyć się na kolegę skoro za nami wespół przemierzony szmat lasu? Krok w krok, koszyk w koszyk? A bywało, że w koszyki oba wpadały solidarnie grzybki znalezione przez tego pilniejszego lub obdarzonego większym szczęściem poszukiwacza. No jakże to urazy chować w takich okolicznościach? Słusznie zatem działał pracowniczy aktyw lansując hasło: Na grzyby rodacy! Kosze w dłoń, gumowce włóż i do lasu marsz! Tam, gdzie zawiezie nas wysłużony zakładowy Jelcz. To cóż, że twardo podskakuje na wybojach? To cóż, że niewygodne jego skajem pokryte kanapy? Ruszamy ze śpiewem biesiadnym i radosnym gaworzeniem na ustach zostawiając w firmie miejskie i służbowe troski. 

        „O Maryjano, gdybyś była zakochaną…” przeplata się z „Hej, hej sokoły”… Cały repertuar biesiadny odśpiewany aż do bólu gardeł, dezynfekowanych dla zdrowotności czymś co tam kto w plecaczku miał. 

        Sezon grzybowy w pełni! Co prawda najwięcej tych leśnych skarbów widzę na pobliskim bazarku, ale cóż, pora sprawdzić co w lasach jesienią piszczy. Ruszam więc indywidualnie i parami, wspominając ubiegłe, gromadne grzybobrania w całkiem ładnych okolicznościach przyrody. 


   
        Umiłowanie do grzybów nie było nigdy moją mocną stroną. Po prawdzie nie podzielam zapału do zapełniania słojów grzybowymi marynatami, ani misternego nawlekania aromatycznych wianków z leśnym suszem. Z grzybowego menu najbardziej lubiłam i nadal lubię ich zapach. Ach, jak pachną świeże grzyby! Ach,   suszone jeszcze piękniej! Nie wykluczało to jednak w uczestnictwa w gromadnym poszukiwaniu grzybów oraz radości spacerowania po lasach i halach. 



        Oto mój tegoroczny grzybowy plon.  


Spieszę uspokoić Czytelników, że zupę ugotowałam z zakupionych w sklepie bezpiecznych pieczarek. Leśne okazy pozostały w miejscu wyrastania. Bezpieczne grzybobranie bez ingerencji w naturalne środowisko oto moja obecnie dewiza, którą potwierdza napotkany okazały dziewięćsił.



       
       

sobota, 9 września 2017

Dylematy cynamonowe i inne też



        Cynamon jest symbolem ciepła, bezpieczeństwa i serdeczności. Kto ma jakieś negatywne skojarzenia związane z tym zamorskim produktem tego wzywam w pojedynek na cynamonowe laski!

        Ale uwaga! Czy cynamon to cynamon? Nie wiem co „sprzedawał” w swoich sklepach Bruno Schultz, ale to co mam w mojej współczesnej spiżarni to… Chyba jakaś indonezyjska podróbka. Szlachetny cynamon sprzedają w apteko-zielarniach i wygląda tak.

 
        Mam ochotę na parówki. Miło wspominam smak i zapach gorących, grubych kiełbasek, których skórka przyjemnie chrupała przy nadgryzieniu. Po brodzie ściekał smakowity sosik. Na regale dumnie stoją różne rodzaje szczelnie zafoliowanych parówek i paróweczek. Cienkie oraz grubsze, pakowane pojedynczo i grupami. Wieprzowe, drobiowe, mieszane i bezglutenowe. Zaraz, zaraz czy parówka  jeszcze jest parówką? Niekoniecznie, bowiem etykieta poucza, że mięsa jest w niej 52, 56, 83 procent… 

        Parówki i tak mają lepiej od pięknie i kolorowo opakowanych wędlin. Główny napis na zgrabnej paczuszce zachęca sloganem: ”Znamy się na tym co dobre”, poniżej odcisk pieczęci „gwarancja jakości” i dodatkowo, aby było bardziej światowo „Premium Quality”. Na odwrocie opakowania praktyczna etykieta lojalnie informuje o składzie produktu nazwanego polędwicą wieprzową: mięso wieprzowe 67% a wśród pozostałych składników 11 rodzajów substancji E-ileśtam oraz aromat dymu wędzarniczego i kilka alergenów takich jak seler i jaja. Hmmm… Wyszło mi, że to produkt wędlino-podobny. A tak naśmiewaliśmy się niegdyś z wyrobów czekolado-podobnych!

        Dziś na obiad będą pierogi ruskie obowiązkowo okraszone skwarkami ze słoninki. To na poprawienie smaku bo wczorajsze kotlety schabowe zakupione w pewnej znanej sieci smakowały jak tektura. Rozpoczyna się więc polowanie na słoninę. W witrynie chłodniczej widzę rulony cienkiej jak kartonik, białej substancji. Nie ma etykiety, ale przecież nie może to być nic innego niż słonina ze współczesnych odchudzonych świnek. W innym, małym rodzinnym sklepie, wypatrzyłam kawałek o solidnej grubości. Radość moja nie zna granic aż do momentu jej stopienia. Rozczarowanie. Zapachu oraz smaku brak. Etykieta mnie nie ostrzegła przed zakupem!

        Jakież te zakupy trudne teraz. Przy regałach wciąż trwają telefoniczne konsultacje:

- jakie masło kupić, ile procent tłuszczu ma mieć? A śmietana ile? Jakiej firmy? Jest margaryna o smaku masła, brać? Serek w kubeczku czy w płaskim opakowaniu?

Konsumencie! Zanim kupisz – studiuj co napisane. Przy zakupach konieczne okulary! Dzieci, uczcie się matematyki, zwłaszcza działu o procentach i zgłębiajcie chemię. 



Stop. Drrr… Przekręcam maszynkę czasu i cofam się aż na początek drugiej połowy dwudziestego wieku czyli wyśmiewanego okresu PRL.

        Wtedy to do sklepu na zakupy można było posłać nawet dziecko z prostym poleceniem:

- kup mi chleb, masło, ser żółty i śmietanę ze złotym kapslem.

Wiadomo było co dzieciak przyniesie. Żadnych niespodzianek, żadnych dylematów! Masło to masło, a chleb to chleb. Tym bardziej, że w pobliżu była piekarnia ten sklep zaopatrująca. Wieczorami w powietrzu unosił się rozkoszny chlebowy zapach, który kusił do zakupu pieczywa wprost od piekarza. Czemu nie? Wieczorny spacer do piekarni bardzo miły był. Lśniące rumianą skórką bochenki na półkach, a w drewnianych skrzyniach rozmaitość bułek, plecionek, obwarzanków! Ach, trzeba uważać aby nie poparzyć rąk. Gorące i pachnące te wypieki. 

Zakupy w mięsnym to już bardziej skomplikowana sprawa. Gospodynie domowe kupują osobiście bo tu trzeba znać się na gatunkach wędlin i rodzajach mięs. Chętnie towarzyszę w tych sprawunkach bo uwielbiam panujący w sklepie zapach wędzonek. Kubki smakowe i ślinianki szaleją. Można nasycić się samym zapachem, który sprawia, że mało komu przychodzi na myśl wegetarianizm. Phiii… Sałata zamiast smakowitego, wędzonego boczku? Cholesterol wtedy nie istniał /w naszej świadomości/ a więc hulaj dusza – piekła nie ma! Kiełbasiane kiełbasy i mięsne mięsa pachnące mięsem! Och!

Na zakończenie wizyta w sklepie jarzynowym gdzie dominującym zapachem jest aromat kiszonej kapusty stojącej w wielkiej beczce obok lady. Sklepowa nabiera ją drewnianymi szczypcami i ładuje do podstawionych przez klienta pojemników. Garnek, miska, słoik co kto ma, aby sok nie kapał na stopy. Transportując zakup można podjadać czerpiąc palcami smakowitą przekąskę lub upijać nadmiar soku.

Zakupy skończone, przed drzwiami stoi butelka pełna mleka /abonament opłacony/ będzie więc domowy twarożek lub smakowity, gruby mleczny kożuch. Taki kożuch położony na chleb i posypany cukrem to pradawna „mleczna kanapka”. Wielu ówczesnych „kinderów” się tym zajadało.

Ot i zakupowych dylematów tyle co kot napłakał dawniej bywało.

 A teraz to się nam w głowach poprzewracało. Jak cynamon to tylko z Cejlonu! Też coś, hi, hi, hi…




piątek, 1 września 2017

Krakowie prastary, co Tobie zrobili?



        Uwielbiam moje miasto i podziwiam panującą w nim niewidzialną dla oka aurę minionych wieków oraz atmosferę stworzoną przez żyjących tu ludzi, w tym wielkich władców i artystów. 

        Cieszę się, że do Krakowa przybywają licznie i zewsząd turyści. Tak było i jest odkąd pamiętam. Zazwyczaj troszkę zadzieraliśmy nosa szpanersko narzekając na gromady turystów zwanych „stonką”. Pamiętam też, że za tym narzekaniem kryła się duma i radość z przebywania w obcojęzycznym gwarze turystów z wielkiego świata. Przysłuchując się brzmieniu zachodnich, a czasem nawet egzotycznych języków, czuliśmy powiew wielkiego świata i mieliśmy przez to chwilowe wrażenie w nim uczestnictwa. Zawsze lubiłam wakacyjno-turystyczny ruch w Krakowie. Tym chętniej wybrałam się na sierpniowy spacer po Rynku Głównym. 

        Już sam dojazd sprawiał emocje gdyż… Niebieski tramwaj podążał dostojnie za koniem. 



        Nie byle jaki to koń, prawda? Lecz bynajmniej nie zaczarowany. Udekorowany tak mocno, że wszystkie jego gadżety: pióropusze, dzwonki i pomponiki zakrywają  konia! Przesada? Pewnie, że przesada i do tego kiczowata. Zmartwiłby się Gałczyński co też z jego zaczarowaną dorożką i zaczarowanym koniem zrobiła komercja. Wrrr... 


        Podobnie strapiony jest legendarny Piotr Skrzynecki. W dłoń wetknięto mu kolorowy chabaź w miejsce tradycyjnej róży. Nie obrażając rzeczonego chabazia, ale jednak to upadek obyczajów. Róża! Czerwona lub biała, prawdziwa róża Skrzyneckiemu się należy! 


        Niewiele lepszy los spotkał zasłużoną i już wtopioną w ten krakowsko - rynkowy pejzaż  rzeźbę autorstwa Mitoraja. Otoczona reklamowymi parasolami i banerami wygląda mało dostojnie. Wizerunkowi rzeźby nieco mniej szkodzą baraszkujące w jej wnętrzu dzieci. W końcu to przyszłość narodu i sztukę może poznaje gruntownie bo od wnętrza. 


        Pragnę przysiąść w jednym z licznych kawiarnianych ogródków i wypić kawę patrząc na wiekowe zabytki oraz górującego nad placem Wieszcza Adama. Co ja mówię? Jakie ogródki? To całe połacie zastawione stolikami i szczelnie nakryte wielkimi parasolami reklamującymi wiadome napoje. Zazdroszczę Wieszczowi, że góruje i ma możliwość podziwiać widoki. Ja, z pozycji konsumenta kawy nie widzę nic. Poszukiwania miejsca gdzie można po prostu napić się kawy z jeść lody zmusiły do lustracji prawie całego obszaru pod parasolami. Większość lokali oferuje eleganckie lancze, modne żywieniowo pasty, tortille i pizze oraz bardzo wykwintne dania obiadowe. Na kawosza i lodojada patrzą z ukosa… Ja rozumiem, że turystę z wielkiego świata trzeba nakarmić smacznie i modnie, ale czy musi się to odbywać na chodniku tuż przy wejściu do Bazyliki Mariackiej? Czy brzęk talerzy i sztućców musi towarzyszyć kontemplacji pradawnej architektury? Nie można tej dużej gastronomii cofnąć do wnętrza lokalu, które stoją piękne i puste, gdzie jadła nie zapaskudzi żaden latający gołąb zamiast zastawiać parasolami zacne zabytki? Nie można by tego zrobić z szacunku dla historii i sztuki? 















        Zresztą może niepotrzebnie narzekam bo gromady turystów nie wyglądają na kontemplujących architekturę i naszą cenną krakowską atmosferę koncentrując się raczej na nagrywaniu Hejnału Mariackiego smart- fonami. Nie uczestniczą w przeżywaniu tego osobliwego momentu lecz dokumentują. Czy odsłuchanie unikatowej melodii z telefonu w dalekiej Ameryce lub Japonii ma jakiś sens? Hmmm… 


        Stary Kraków wygląda jak małomiasteczkowy jarmark lub ludowy festyn albo, co gorsza, targi międzynarodowej sztuki kulinarnej. Prawdziwego Krakowa w tym tyle, co kot napłakał.

        Wrócę tu w listopadzie... Wtedy będzie może zimno, mokro i mglisto ale będzie można poczuć atmosferę Wyspiańskiego Wesela, a kolorowo odziane konie będą bardziej na miejscu. Pomyślałam, że Narodowe Czytanie tego dramatu wtedy i przed Bazyliką Mariacką  też może byłoby bardziej na miejscu?