czwartek, 8 listopada 2012

Moje ulubione Święto



11 Listopada, nasz Dzień Niepodległości. Święto piękne, ale od początku raczej nieszczęśliwe. Przed Drugą Wojną obchodzone tylko dwa razy, reaktywowane w 1989 roku powinno nas już tylko cieszyć i łączyć. 

  Święto listopadowe, szare, chłodne i zamglone jakby zamyślone, pełne wzniosłych słów o wolności, patriotycznych pieśni i zapachu koni. Pełne Polskiego romantyzmu, dźwięków fortepianu i legionowych pieśni. 

  Lubię patrzeć na wojskową celebrę tego dnia, wzrusza mnie polska flaga na wysokim maszcie i śpiewanie naszego Hymnu. Nic nie poradzę, że socjalistyczne państwo PRL nauczyło mnie patriotyzmu i szacunku do mojego kraju. Nie potrafię zapomnieć o ludziach, którzy za ten kraj walczyli i zginęli. Pewnie dlatego tak oburza mnie pogardliwe traktowanie Polski - Ojczyzny w politycznych sporach. To cóż, że są w naszym kraju głupi politycy i źli ludzie. Polska to coś więcej.

Szkoda, że dziś, tuż przed Naszym Świętem, rozmawiamy o  różnych manifestacjach, rozważamy kto kogo i na jakie uroczystości nie zaprosił, kto z kim nie będzie stał w jednym szeregu, obawiamy się bijatyki na ulicach. Szkoda, że ustawiamy kordony policji tam gdzie powinna nas łączyć duma i radość. Takie to Święto nieszczęśliwe.

Co z tą Polską? 

Nie, co z wami, niektórymi, Polakami…
  
zdjęcie wykonane w 2008



zdjęcie wykonane 9.XI.2012  




środa, 31 października 2012

Dylemat prawie etyczny



        Przed nami kilka dni wolnych od pracy z powodu Dnia Wszystkich Świętych. Niektórzy mówią modnie: „długi weekend” i wiele osób życzyło sobie dziś na pożegnanie „miłego lub udanego weekendu”. Czy ten weekend, jakkolwiek długi, może być miły? 

        Jestem przyzwyczajona do tego, że Dzień Wszystkich Świętych był traktowany jako święto poważne, skłaniające do zadumy i wspominania zmarłych. Groby, cmentarz, płomień palących się zniczy… nijak nie kojarzy się z przyjemnością. Bardziej pasuje tu smutek, tęsknota za nieobecnymi bliskimi, często żal…

        Od nas, dzieci, wymagano zachowania powagi szczególnie gdy stawaliśmy do honorowej warty przy ważnych cmentarnych pomnikach. Nie było zlitowania, że zimno, czasem deszcz lub śnieg. Dzielnie prężyły  się w pozycji „baczność” dziewczynki w płóciennych szarych mundurkach. Sine z zimna, ale skupione, dziecięce buzie oświetlone pochodniami.  Wrażenie smutku i przygnębienia potęgowała listopadowa aura. Dawne listopady były inne: srogie, często mroźne i śnieżne, poprzedzone okresem słoty. Hmmm… dzieciom Peerelu nie było śmieszno i miło w tym dniu.

 Trochę trudno zmienić myślenie i nastrój pomimo, że z ambon słychać głos nowej interpretacji Święta Zmarłych. Objaśnia się wiernym to święto jako radosny dzień imienin nas wszystkich. Może dlatego dzisiejsze pożegnanie brzmiało „miłego weekendu”?  A może po prostu niektórzy myślą o tych dniach tylko w kontekście wypoczynkowego weekendu?  Czy biura podróży już dostrzegły nową szansę?

        Prawdą jest, że bardziej niż chryzantemy, popularne są dynie?



       

piątek, 26 października 2012

Oleńka



Trend modowy wczesnego okresu PRL w zakresie koafiur był taki, że ówczesne modnisie masowo korzystały z fachowej pomocy fryzjera.

Modne były loki, fale, oraz różnego stopnia kręcenia włosów. Fryzury proste, zdecydowanie niemodne. Takie włosy trzeba było sztucznie skręcać. Powszechnie stosowano nawijanie na druciane wałki boleśnie ugniatające głowę podczas snu. Aby ulżyć udręczonym kobietom, z czasem, ktoś wymyślił wałki plastikowe. Cóż z tego skoro uzbrojono je w kolczaste wypustki podobno ułatwiające nawijanie pasemek. Zawsze podejrzewałam, że to była tylko pułapka dla łatwowiernych kobiet. Plastikowe kolce wbijały się w skórę równie boleśnie jak ich druciane poprzedniczki.

Wałki do włosów wymyślił na pewno jakiś facet…

Trwała ondulacja była jakimś wybawieniem bo jej zastosowanie poprawiało komfort spania, ale sam proces ondulowania… Kto przeżył ten wie jak to śmierdziało, piekło i ściągało skórę czaszki. Ale to nie koniec tortur. Zaondulowaną fryzurę trzeba było uczesać, nastroszyć tapirowaniem jak materac, usztywnić lakierem. Tak spreparowany „hełm” wytrzymywał tydzień bez grzebienia. Pod warunkiem ostrożnego spania i zabezpieczenia siateczką w seksownym różowym kolorze. W końcu to gadżet do sypialni… 

Tego na pewno nie wymyślił facet…

Tytułowa Oleńka zajmowała się wykonaniem takiej Fryzury Tygodniowej. Była wtedy młodziutką absolwentką szkoły fryzjerskiej, opiekującą się maleńką córeczką oraz wspaniałym mężem. Stworzyła Domowy Zakład Fryzjerski. W domach swoich klientek. Bez nakładów na wyposażenie lokalu, bez zezwoleń i całej biurokracji po prostu przychodziła do mieszkań z flaszeczką piwa w siatce oraz kompletem fryzjerskich akcesoriów. Największe emocje wzbudzała obecność piwa, powszechnie stosowanego środka do usztywniania włosów. Zakup piwa był sporym wyzwaniem dla młodej kobiety ocenianej z tego powodu bardzo krytycznie przez personel sklepowy oraz obecną w lokalu klientelę. Piwo było wtedy napojem charakterystycznym dla półświatka oraz twardej, męskiej klasy robotniczej. Paniom, nie uchodziło! Dlatego zakup był usprawiedliwiany skromnym szeptem: …do włosów potrzebuję…

Oleńka była śliczna. Wysoko tapirowana, czarna burza włosów, perfekcyjny makijaż zgodny z ówczesną modą czyli mocno obrysowane oczy z grubą kreską na górnej powiece. Klientek miała mnóstwo w każdym osiedlowym bloku. W okresie największej popularności posługiwała się zeszytem zapisów kolejności odwiedzin. Jej praca to sprawne zarządzanie czasem oraz bieganie od drzwi do drzwi, w szczegółach wyglądało to tak:

 Jedna pani suszy nawinięte na wałki włosy, w tym czasie sąsiadka obok poddaje się strzyżeniu, a następnej, właśnie za chwilkę kończy się czas przeznaczony na „trwałą”. Precyzyjnie zaplanowana kolejność czynności z uwzględnieniem topografii osiedla. Oleńka ma wszystko pod kontrolą, sprawnie obsługuje kilka stanowisk fryzjerskich przebiegając z bloku do bloku. Kasuje niewygórowane stawki, klientki czują się komfortowo poprawiając urodę we własnych łazienkach i kuchennych kącikach.

 Domowe SPA oraz samozatrudnienie wymyśliła moja Oleńka już pół wieku temu!!! Kolejny raz powtarzam: wszystko już było!

Prywatna inicjatywa Oleńki, choć nielegalna, kwitła przez cały PRL i całe jej zawodowe życie. Zabójczą konkurencją okazała się okrągła szczotka do modelowania włosów oraz popularność naturalnych, luźnych fryzur. Oleńka nadal ma klientki… dwie. Tylko tyle zostało miłośniczek fryzur tygodniowych, usztywnianych i tapirowanych na sztywno. Reszta pań wybrała nowoczesne techniki strzyżenia i farbowania dostępne w Salonikach Fryzjerskich. Oleńka wiernie trwa przy starych metodach, jest i zawsze była, odporna na nowości. Nie straciła jednak sympatii dawnych klientek. Przez lata była domokrążcą, wrosła w osiedlowe rodziny lecz nigdy nie została „plotkarką”. Była bardziej przyjaciółką i miłą towarzyszką przy domowej kawie.

Oleńka nadal biega osiedlowymi ścieżkami. Nadal śliczna właścicielka kruczej fryzury jest  już mocno dojrzałą babcią dorodnych wnuczek, które zostały fryzjerkami! 

Jak tu nie wierzyć w genetykę?