wtorek, 3 listopada 2020

Sąsiedzi

        „Wiedzą sąsiedzi wiedzą jak kto siedzi…” Czasem to irytujące ale moim zdaniem taka wiedza bywa bardzo pomocna. Skąd ten temat? Ano zdarzyło się niedawno…

        Ding - dong! Śpiewa dzwonek u drzwi. Otwieram nawet nie zajrzawszy w wizjer bo jakoś nie mogę wyzbyć się poczucia ufności.

- Cześć, masz może kurkumę? Gotuję zupę z zielonej fasolki i potrzebna mi ta przyprawa, której nie mam :) Pyta sąsiadka zamieszkała piętro niżej bo wie, że dużo i chętnie gotuję.

- Mam, mam! Odpowiadam radośnie z chęcią ofiarowując nienaruszone jeszcze opakowanie aromatycznego proszku.

        Dlaczego tak mnie ten incydent ucieszył? Bo to pierwsza od niepamiętnych czasów prośba o pożyczenie niezbędnego w danej chwili drobiazgu. Och, jak dawno nikt nie przyszedł w potrzebie odrobiny soli, jednej cebuli czy szklanki cukru… Dlaczego, tak powszechny dawniej zwyczaj uzupełniania braków zanikł? Staliśmy się bardziej zapobiegliwi, sprawniejsi w domowej logistyce czy mniej chętni sąsiedzkim kontaktom? A może dobrze działający handel i sieć usług wyeliminował z konkurencji instytucję poczciwego Sąsiada?

        Przypominam sobie najczęściej pożyczane produkty. Dominuje chyba sól chętnie i powszechnie dawniej używana lecz w niewielkich dawkach więc rzadko kupowana ujawniała swój deficyt nagle! Ha, pomoc sąsiedzka wtedy niezbędna.

        Puste domowe cukiernice mogły świadczyć o roztargnieniu gospodyni, ale także o wyraźnym braku produktu w handlu. Wtedy prośba o pożyczkę była ryzykowna, a nawet niestosowna. Żartowano wtedy: „Gość w dom – cukier do szafy”!

        Często brakowało zapałek, octu, odpowiedniej wielkości garnka oraz… Pieniędzy! Pożyczanie drobnych sum „do pierwszego” bywało dość częste. Najbardziej oryginalną sąsiedzką pożyczką była u nas waga kuchenna stosowana do ważenia… niemowląt!

waga do zadań specjalnych:)

         Życzliwy sąsiad użyczał dostępu do telefonu lub telewizora. Czasem miejsca w lodówce oraz krzeseł na większe domowe imprezy. Dzwonek u drzwi nie śpiewał tylko ryczał: Drrrr… O ile w ogóle był używany. Często nie zawracano sobie głowy zamykaniem drzwi do mieszkań. Wystarczyło lekko zapukać i nacisnąć klamkę.

Z biegiem lat, z biegiem zmian obyczajowych i rozwojem sieci handlu oraz usług współpraca sąsiedzka oraz znajomości „drzwi w drzwi” stopniowo zanikły. Podobnie jak wizytówki z nazwiskami lokatorów na tych drzwiach.

        Cóż, ja swoją kurkumę już odzyskałam, a wraz z nią nadzieję na powrót sąsiedzkich relacji, które w moim sąsiedztwie ostatnio mają się nieźle. A no tak się ostatnio złożyło. Ktoś robi długotrwały i uciążliwy remont więc wyrozumiałość lokatorów jest konieczna. Zamiast narzekać na hałasy oraz kurz – sekundujemy. Ktoś poważnie zachorował i niezbędna była fizyczna pomoc silnych młodych rąk oraz psychiczne wsparcie i fachowa pomoc pielęgniarska.

Ding - dong! Śpiewa dzwonek .

- Jak tam? Chętnie będę towarzyszyć jeśli potrzebujesz pobyć z kimś w trudnym czasie. Przyjdź jeśli chcesz, to tylko krok do sąsiednich drzwi.

Ding - dong! Śpiewa dzwonek.

- Mogę posiedzieć z chorą jeśli masz potrzebę wyjść. Daj znak kiedy.

Ding - dong! Śpiewa dzwonek.

- Jesteś w domu? Odbierz, proszę, paczkę moją od kuriera bo nie zdążę wrócić na czas.

Stuku, puku, stuk! Odgłos obcasów na kamiennych schodach zwiastuje spotkanie z sąsiadką.

- Dzień dobry:) Przy okazji zapytam co słychać u pani P bo jej dawno nie widziałam… Nie chora?

- Wszystko w porządku u pani P. Niedawno przesuwałam jej lodówkę i pomogłam odzyskać klucz od altany śmietnikowej. Jest zdrowa, ale zbyt  leniwa aby wyjść z domu:)

        Mam dobrych i miłych sąsiadów więc chętnie hoduję dla wszystkich pelargonie, ustawiam je na wspólnych parapetach oraz pielęgnuję korytarzową zieleń. I zastanawiam się:   Czy to trudne czasy zbliżają ludzi czy płynąca z wyżyn władzy złość i wrogość wyzwoliła potrzebę człowieczych kontaktów?

Melduję, że w ramach odradzającego się poczucia społecznej wspólnoty zakupiłam solidarnościowe chryzantemy celem wsparcia bazarowego handlu! Takiego bukietu nie miałam w domu od wielu lat i chyba będzie to moja nowa tradycja na Zaduszny Dzień. Tak!


 


sobota, 24 października 2020

Wielka Październikowa Re...fleksja

    Nooo, może nie taka znowu wielka ta refleksja, ale słowo „wielka” pasowało do tytułu nawiązując do dawniejszych obchodów rocznicy Wielkiej Październikowej Rewolucji przypadających w październiku, a może dopiero z początkiem listopada? Aj, aj, tego nie pamiętam dokładnie… Pomóżcie, mili czytelnicy! Zawsze coś mi w tych datach rewolucyjnych „nie grało”:))

Ale co mi tam, nie chcąc czekać do daty zakończenia Rewolucji przywołam wspomnieniami szkolne uroczystości ku czci Wielkich Budowniczych Socjalizmu oraz robotników szturmujących Pałac Zimowy wierzących, że „nowy ład” będzie dla nich szczęśliwszy. 

        Akademia w rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej była obowiązkowym punktem w kalendarzu szkolnych uroczystości. Lubiłam szkolne akademie bez względu na ich tematykę. Było to bowiem spore urozmaicenie biało-granatowego, szkolnego dnia powszedniego. Czerwień transparentów oraz flag i bukiety goździków bardzo ożywiały nasz uczniowski krajobraz. Często była to okazja do galowego ubrania i popisania się występami przed szkolną publicznością no i „przepadały” niektóre nielubiane lekcje! Hurra! Dzieciaki prowadzono „parami” do udekorowanej okolicznościowo sali gimnastycznej. Młodsi siadali po turecku na podłodze, starsi prezentowali swoją wyższość podpierając ściany lub zwisając na drabinkach. W centralnym punkcie niby-sceny ustawiano stół prezydialny z zielonym suknem oraz dekoracyjną paprotką, za którym zasiadali zaproszeni goście w osobach przedstawicieli Konsulatu ZSRR lub przynajmniej członka zarządu Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej, w ostateczności lokalnych weteranów wojennych bo jakiś mundur z orderami dobrze wyglądał na akademii. Najlepsi uczniowie odczytywali referat, uzdolnieni aktorsko recytowali napuszone chwałą bohaterów rewolucji wiersze, a szkolny chór śpiewał rewolucyjne pieśni. Dzieci słuchały albo nie, dokazywały między sobą poszturchując się i chichocząc,  Panie Nauczycielki usiłowały nad nimi zapanować siląc się na srogość, której zazwyczaj nie miały:)  No i koniec, zaproszeni oficjele dzierżąc w dłoniach otrzymane goździki wychodzą z sali, a dziecięca publiczność radośnie biegła do swoich klas wykorzystując ostania atrakcję dnia czyli okazję do poprzepychania się na schodach i korytarzach.

        Zdecydowanie październikową okazją do zorganizowania kolejnej akademii było propagowanie oszczędzania. Październik bowiem, miesiącem oszczędzania był i chyba nadal jest choć mało kto o tym wspomina. Poszukując wiadomości na ten temat dowiedziałam się, Tu: Dlaczego październik jest miesiącem oszczędzania, że tak postanowiono w Mediolanie w 1924 roku na międzynarodowym kongresie bankowców bo czasy wtedy były finansowo trudne i oszczędzanie miało pomagać „europejskim gospodarkom wstać z kolan”. Hi, hi, hi… To wtedy wymyślono ten słynny zwrot o kolanach?

Z akademii poświęconych oszczędzaniu zapamiętałam i do dziś wspominam wierszyk o pewnym Tolku-łasuchu, który za swoje kieszonkowe  pieniążki na bieżąco kupował słodkie lizaki, nie oszczędzał w Szkolnej Kasie Oszczędności w wyniku czego, pod koniec roku szkolnego miał niezłą kolekcję patyków po lizakach! A jego roztropny kolega, dzięki pełnej oszczędności książeczce SKO, zakupił coś tam w owym czasie cennego. Chyba chodziło łyżwy albo narty.

Z akademii rewolucyjnych nie zapamiętałam nic, oprócz przyjemności dokazywania z rówieśnikami. Taka to jest moja niewielka, październikowa refleksja :))

 



 

sobota, 3 października 2020

List

 Dzień dobry:)

Piszę w imieniu strapionych mieszkańców okolic szkoły. 

       Kochamy młodzież szkolną, a nasze osiedle nabiera życia, blasku, kolorów i radości z dniem rozpoczęcia roku szkolnego. Jednak w b.r.  sąsiedztwo ze szkołą oraz internatem stało się utrapieniem. Aby tak nie było, prosimy o uświadomienie młodzieży, aby zakupy w sklepie były robione przez uczniów w maseczkach. Już miesiąc boimy się chodzić do sklepu ze względu na grupy młodzieży bez maseczek. Sklep przy ul. Katedralnej jest mały i nie ma możliwości zachować dystans, gdy wypełni się uczniami. Nawet nie ma którędy uciekać ze sklepu, gdy kilku młodzieńców bez maseczek otoczy innego klienta.   

       Prosimy, by młodzież szkolna szanowała mieszkańców naszego osiedla, w większości ludzi schorowanych i w starszym wieku, którzy do innych sklepów - dalej położonych - nie mogą chodzić.  Osiedlowy sklep to nasze życie, którego nie chcemy stracić przez młodzieńczą niefrasobliwość.

       W dniu dzisiejszym, uczeń Państwa szkoły (po zwróceniu uwagi na brak maseczki) zakomunikował, że żadnego wirusa nie ma. Pomyśleliśmy, że w gestii m.in. Nauczycieli jest wyprostowanie takiej postawy. Policja bowiem może tylko ukarać.

KOCHANA MŁODZIEŻY! DAJCIE NAM ŻYĆ I ZAKŁADAJCIE MASECZKI!

Życzymy zdrowia, radości i dobrych wyników w nauce.

Pozdrawiamy serdecznie, mieszkańcy wspólnoty mieszkaniowej z sąsiedztwa.

        Zacytowany (niezbyt dosłownie z obawy przed konsekwencjami ze strony krewkich i beztroskich młodzieńców) list bardzo mnie poruszył.  Słowa zdesperowanych mieszkańców odsłaniają pomijane w mediach szczegóły w kwestii przygotowania szkoły do pracy w warunkach wciąż panującej pandemii. List został skierowany do Dyrekcji szkoły oraz Urzędu Miasta w celu podniesienia rangi problemu z nadzieją na poważne potraktowanie. Okazało się, że szkoła ma pięknie opracowane procedury covidowe obowiązujące na terenie placówki. Nie obejmują one jednak zachowania młodzieży tuż za bramą szkoły. Czyżby to już nie były kompetencje wychowawców?  A tymczasem okoliczna ludność czuje się bardzo zagrożona. Panuje wyraźny strach przed jawnym zwracaniem uwagi na brak ochrony osobistej w przestrzeni publicznej i nawet personel sklepu nie reaguje stanowczo. Ekspedientkami są młode dziewczyny, które także boja się szkolnych wyrostków podobnie jak klienci sklepu bo nigdy nie wiadomo czy nie ucierpią szyby w oknach, a  uzbrojony w ostre narzędzie młodzieniec może usadowić się w pobliżu…

        Apel Prezydenckiej Córki: „Aby nikt w naszym kraju nie bał się wyjść z domu” nabiera całkiem nowego znaczenia. Może czas zająć się tym obliczem społecznego terroryzmu w miejsce tropienia wrogich ideologii?

        Ach, gdzie te czasy gdy po ulicach krążyły patrole rodzicielskie, tarcze na rękawach ułatwiały identyfikację łobuza, a groźba "bo zawiadomię twojego nauczyciela" budziła u uczniów respekt"...