Tym razem będzie opowieść o pewnych balach z okresu „post peerelowskiego” czyli lat z przełomu XX i XXI. Jako szara myszka w PRL-u na bale nie chodziłam, z rzadka zdarzały się nawet prywatki. Balować zaczęłam w wieku dojrzałym, ale nie płochość i zbytek mną kierowały lecz powody służbowe i skażenie społecznikowskie nabyte za młodu.
Miejsce akcji – zacna i szanowana z powodu wieku, tradycji i osiągnięć dydaktycznych wiejska szkoła rolnicza.
Obserwując obecne standardy jakie obowiązują placówkach oświatowych ze zgrozą wspominam stan techniczny i warunki pracy w tej szkole we wspomnianym na wstępie okresie. Ech… „Krużganki” oświaty i wychowania wypadały mam z przemarzniętych od niedogrzania rąk. Reprezentacyjny korytarz w zabytkowym budynku podpierano drewnianymi stemplami a rozklekotany parkiet zakrywano trudną do utrzymania w czystości wykładziną dywanową. Wszyscy: Nauczyciele i młodzież solidarnie bujali się na rozchwianych krzesłach. W budynku internatu, już nie zabytkowym bo wybudowanym w PRL, było jeszcze gorzej. Potykaliśmy się o wystające z posadzki połamane płytki PCV, lekcje WF były odwoływane bo w przyległej hali sportowej panowała zbyt niska temperatura, z kranów ciekła tylko zimna woda… Pokoje uczniowskie dogrzewano „Farelkami” i suszarkami do włosów. To cud, że nikt i nic nie spłonęło. Szczególne atrakcje oferowała sala stołówki gdzie należało manewrować talerzami tak aby woda z sufitu nie kapała wprost do zupy lecz obok. To cóż, że każda inspekcja SANEPiD owocowała nakazem remontu skoro decyzje te były odraczane w nieskończoność z powodu braku środków finansowych. Och, ileż ja się takich odwołań napisałam!
Szkolnictwo, zgłasza wiejskie, było dramatycznie niedoinwestowane i już.
Wtedy, na fali odradzającego się kapitalizmu, wymyślono, że szkoły mogą, a nawet powinny, samodzielnie zarabiać na poprawę warunków pracy wykorzystując posiadane budynki i pracowników. Entuzjastów tego pomysłu nie brakowało na czele z moim ówczesnym Dyrektorem, który miał ducha przedsiębiorcy i dumnie paradował po obejściu z telefonem komórkowym wielkości walizki. Ale po prawdzie wszyscy się do tego zapaliliśmy i zaczęło się: wynajmowanie pokoi w internacie ( na szczęście nie na godziny) dla wycieczek szkolnych i przygodnych gości czemu sprzyjała bliskość Krakowa jako turystycznej atrakcji, prowizoryczne mieszkania dla osób w kryzysie rodzinnym, sprzedaż obiadów, usługi hotelowo - gastronomiczne na rzecz imprez gminnych itp.
I tak powstał pomysł zorganizowania Balu Sylwestrowego na potrzeby remontu dachu i wymiany podłogi w stołówce internatu. Kierownik Internatu czyli ja wraz z załogą rzuciliśmy swój „życia los” na ten stos:) Znajomy zakład poligraficzny drukował plakaty, kucharki planowały menu, kierowca dostarczał produkty. Ja kontraktowałam „orkiestrę”, organizowałam obsadę Sali Balowej oraz szatni i ochronę, spełniałam rozliczne prośby o „jeszcze jeden stolik” dla kogoś spóźnionego, na domowej maszynie osobiście szyłam nakładki na obrusy aby zakryć ich niedoskonałości, wszyscy wycinaliśmy papierowe dekoracje i wespół dmuchaliśmy w kolorowe baloniki.
To były bale niczym na Weselu u Wyspiańskiego – wiejska inteligencja w osobach nauczycieli, lekarzy, miejscowego weterynarza, małych i większych przedsiębiorców oraz wójta i sołtysa oraz miejscowa ludność przeróżnych profesji nie wyłączając pracowników oborowych, rolników i sprzątaczek. Początkowa rezerwa i nieśmiałość znikała z godziny na godzinę gdyż każdy był traktowany jako równy gość. Apogeum jedności osiągaliśmy przy noworocznym toaście w którym brali udział wszyscy obecni na terenie nie pomijając kucharek w białych kitlach i stróża nocnego przywołanego z portierni. Były fajerwerki, tańce i nie było żadnych awantur. Nic, absolutnie nic złego się nie wydarzało, cała wieś zachwycona i zbratana. Doszło do tego, że ja -niekwestionowana „gwiazda” jako organizator tej imprezy rywalizowałam o koronę Królowej Balu z córką sprzątaczki młodszą o dwie dekady. I wygrałam!
Hmm… A wynik finansowy tych szaleństw? Pewne wrażenie robiła kwota wpłacona na konto Specjalne, ale prawdę nikt tak dokładnie nie liczył kosztów energii, paliwa, opału itp. Za to załoga pracowała za symboliczne grosze lub „ku chwale i ratowaniu miejsc pracy”. Ale i tak, po kilku takich balach dach zyskał nową pokrywę, na podłogę w stołówce położono „parkiet” z paneli. Liczyło się, że na to zarobiliśmy:) Wartość dodana całej akcji to integracja środowiska, która była wręcz bezcenna.
I zdarzyło się razu pewnego, że tak zintegrowana załoga pomagała wydostać się z porannej zaspy swojej ukoronowanej lecz potwornie zmęczonej Kierowniczce nie bacząc na własne posylwestrowe niedyspozycje:)
Takie to były czasy :)


Hej za PRL-u to dopiero były bale jak za czasów przyśpiewki Marylki Rodowicz jaka śpiewała cudownie "Niech żyje bal" ;-) Lubię PRL. Kiedyś to i wesela były inne a co dopiero imprezy. Pamiętam te czasy ale ja akurat na imprezy czy po ślubach nie chodziłam ale koleżanki i rówieśniczki dużo mi opowiadały :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Florianna rocznik '72 też z PRL.
Mój blog:
tom-craft.blogspot.com
Witaj Hotaru:) Miło, że zainteresowałaś się tym blogiem. No tak, rocznikowo plasujesz się w PRL więc liczę na wizyty i ciekawe komentarze.
UsuńJa mam też nikły dorobek weselny a z imprez najlepiej wspominam zabawy szkolne i prywatki.
Do poklikania:)
Najbardziej dowcipnie opisany bal z królową w roli głównej.
OdpowiedzUsuńAleż to były czasy! Ubogo i biednie, ale wesoło, wspólnie i bez zadęcia.
Też pamiętam czas, kiedy szkoła i komitet rodzicielski urządzali bale, by zarobić na kredę i drobne remonty. Ach, te wspomnienia! I nie ma to jak młodym być i więcej nic!
Zasyłam serdeczności
Właśnie ta moja młodość upłynęła raczej bezbalowo, ciekawe, że rozkręciłam się w tym temacie dopiero w wieku dojrzałym:) Praca w szkole to wymusiła bo to nie tylko Sylwestry, ale i Studniówki, półmetki i zjazdy absolwentów i imprezy gminne... Jestem za to wdzięczna losowi:))
UsuńNie byłem nigdy na takim oficjalnym balu sylwestrowym. Nie lubię tańczyć. Na domówkach zaś z reguły robiłem za standupera oczywiście non profit
OdpowiedzUsuńAntoni, jeszcze nie wszystko stracone, sale balowe czekają!
UsuńNon profit to moja specjalność od zawsze:))
Jeżeli jest coś, czego w życiu mogę żałować, to właśnie tego, że na żadnym balu nie byłam. Nie o tańczenie nawet rozbijała się sprawa, chciałam poczuć atmosferę "balu na sto par" jak śpiewał Połomski. Dzisiaj telewizja państwowa i komercyjna zapraszają na organizowane przez siebie Sylwestry, a to oznacza spęd ludzi na ulicy pod sceną, na której z playbacku słychać wokalistę. Szczyt głupoty, bo nikt nie bierze pod uwagę faktu, że mieszkańcy okolicznych domów, nie mogą witać nowego roku tak jak chcą, tylko tak jak im narzucono. Lubiłam oglądać imprezy sylwestrowe w telewizji, gdy zaproszeni goście śpiewali w studio, bo dawało to poczucie kameralności, przy zachowaniu dobrej zabawy. Pozdrawiam serdecznie uroczą Królową.
OdpowiedzUsuńIwono, masz dużo racje tęskniąc za poczuciem atmosfery balowej. To daje więcej radości niż taniec, jadło i napitki. Przyjemny dreszcz emocji na dźwięk muzyki z "orkiestry", gwar balowiczów i wieczorowe stroje robią nastrój optymizmu i uciechy bez wątpienia.
UsuńJa także nie rozumiem imprezowania "pod sceną" jakiegoś koncertu. A takie imprezy w pobliżu parków narodowych uważam za barbarzyństwo. To tak jakby wejść z perkusją do czyjegoś domu bez zezwolenia. Wrrr...
Królowa już przywiędła, ale dziękuje za pozdrowienia:)
Ale fajne wspomnienie i doskonale, ze szczegółami opisane. Widać dobrego organizatora 👍👏 moja podmiejska szkoła również w 1991 roku zorganizowała taki bal. Pamiętam, że my młode mężatki z koleżanką, z którą do tej pory pracuje w mojej szkółce, ubrałysmy się wtedy w modne mini spódniczki "gumówki". Przyszłyśmy bez mężów, zostawiwszy wtedy małe swoje pociechy pod opieką babci, a nie wiem co było z mężami. Szaleństwa były do rana, A najbardziej z członkami zespołu muzycznego. Jedna koleżanka ze szkoły miała męża lekarza i on ubolewał, że nie może się dostać na wojnę do Zatoki, która wtedy trwała, bo by się ustawił na całe życie 🤣
OdpowiedzUsuńTak , było swojsko i wesoło na balach, weselach lat 80. Czy jeszcze 90. Jak w filmie Wodzirej. Najlepiej zawsze bawiłam się bez męża, bo on miał drewniane nogi i za dużo pił. A sama robiłam co chciałam. Chociaż na weselach to nie dało się zaszaleć, Bo rodzina obserwowała, ale na przykład na zjazdach szkolnych czy imprezach integracyjnych, albo balach lokalnej gazety czy jakiegoś związku, to wypadało iść samej. Ale to były już późniejsze lata.
Pozdrawiam prawie noworocznie. A ja jutro idę na niezwykłe sylwestrowe przyjęcie, wynalazłam w ostatniej chwili coś oryginalnego. Opiszę potem.
Dzięki za twoje wspomnienia. Bardzo mi się podoba zdanie:"Nie wiem co było z mężami":))) Skoro umknęło w niepamięć to chyba nic ciekawego to było:0 Brawo za dystans do obowiązków małżeńskich.
UsuńMiłego Sylwestra tegorocznego!
A gdzie to Cię dobre bogi zatargały, by krzewić krużganek oświaty?! Matkojedyna!
OdpowiedzUsuńTe opisane przez Ciebie bale i integrowanie się całej balowej społeczności, przypomniały mi...
Ale od początku. W tamtych czasach było sobie (i całkiem prężnie działało!) ciało, zwane dumnie Ludowe Zespoły Sportowe)*. Jako że miasto moje duże, organem organizacyjnie kierowniczym była Rada Wojewódzka Zrzeszenia LZS.
Czasy były siermiężne, ale ludziska przecież lubili się bawić - takoż i Rada Wojewódzka odreagowywała całoroczny trud pracy, balami sylwestrowymi. Co to były za bale i kogoż można było na nich spotkać!
Chyba ze dwa razy dane mi było uczestniczyć w tych imprezach, a to za sprawą zdobycia biletów od mamy, która "prowadziła sekretariat" Zrzeszenia.
Jesssussku, co tam się działo po północy! Pełna integracja: prezes LZS-ów z dyrektorem PGR-u, usportowiona wiejska "starsza młodzież" (posiadacze lokalnych rekordów) , działacze społeczni, działacze partyjni, miejscowy proboszcz, zasłużeni strażacy, sołtysi, ormowcy... długo by wymieniać!
Cóż... ano się działo...
Bo bale te odbywały się zwykle w salach wiejskich (podmiejskich) obiektów sportowych, remizach, a nawet w przykościelnych salkach (katechetycznych?)
)*Ludowe Zespoły Sportowe – polskie zrzeszenie grupujące kluby sportowe działające w małych miejscowościach, głównie na wsiach. Statutowym celem LZS jest upowszechnianie i rozwijanie kultury fizycznej i sportu.
Byłam przekonana, że to już relikt minionych czasów, a dowiaduję się z Wikipedii, że LZS-y jeszcze istnieją!!!!
Koniec świata!
No i najważniejsze:
UsuńSZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU - 2026!
c a ł e g o!
😘🎄
Nooo... LZS-y to bardzo szanowana na wsiach instytucja. Prawie na równi z Ochotniczą Strażą Pożarną z podkreśleniem, że "Prawie" robi różnicę. OSP wygrywało tę rywalizację. Jedni i drudzy robili świetna robotę w środowiskach wiejskich.
UsuńFajne masz wspomnienia i to się liczy najbardziej
Jakoś nie mam przekonania do tego 2026...
UsuńNie ma zmiłuj - musimy przez to przejść...
UsuńDamy radę 😉😘
Coś dobrego zjadłaś na optymizm:))
UsuńTiaaa... podesłałabym, gdybym tylko mogla... ❤️
OdpowiedzUsuńTrzymaj się! 😘
Też podjadam co nieco, ale słabo działa:))
UsuńDziękuję za serduszko i wsparcie.
Średnioszkolne bale sylwestrowe (lata pięćdziesiąte) w salach gimnastycznych "uczelni" miały swój klimat nowości, ba, nawet pierwszych lekcji tańca towarzyskiego uczyły znajome dziewczęta...
OdpowiedzUsuńSale gimnastyczne znakomicie pełniły role sal balowych. Świetne do dekorowania bo na drabinkach można było upinać wszystko. Pod sufitem rozciągano wojskowe siatki maskujące i i sala mogła przeistoczyć się w krainę fantazji.
UsuńDziewczęta i chłopcy z tamtych lat to urocze wspomnienia:)
Bale jak bale, bywały wspaniałe. Niestety kilka następnych dni do uroczych nie należały, na szczęście wynaleziono "Tabletki Konferencyjne", które potem zamieniono na "Alkaprim", a teraz na "Snusy". Ten 2026 r. też wydaje mi się początkiem dramatów. Zajrzałem, bo zaniepokoiła mnie ta dłuższa przerwa w Twoim blogowaniu.
OdpowiedzUsuńŻyczę zdrówka i pomyślności
Anzai, cóż za wyczucie... Niepokój uzasadniony gdyż faktycznie nowy rok zaczął się smutno. Ale już się "otrzepuję" i nawet szykuję coś na karnawał.
UsuńDziękuję za troskę i życzenia.
Ten rok faktycznie ma kiepski debiut, większość blogerów - łącznie ze mną - też się "otrzepuje". A więc "do zobaczenia" w karnawałowym nastroju.
Usuń