Znowu to zrobiły bo chyba uznały, że wypada pokazać się w karnawale. Wprawdzie do szampańskiego nastroju mi daleko lecz dotarły nieśmiałe szepty z szafy:” Spójrz i przypomnij sobie…”
No to patrzę i widzę słodko-gorzki obrazek na starym pudełku czekoladek. Słodka była bez wątpienia zawartość opakowania, ale ozdobna pokrywka zawiera porcję goryczy bowiem zacną i znaną od kilku pokoleń cukierniczą firmę Wedel przemianowano po socjalistycznemu na Zakłady Przemysłu Cukierniczego (Z P C) 22 Lipca. Cóż, takie to były następstwa nacjonalizacji. Pozostawiono jedynie dopisek d. E.Wedel. Maleńki to gest uczciwości, ale jednak. Mogę się tylko domyślać jak gorzko smakowały te słodycze członkom rodziny Wedlów tym bardziej, że wraz ze zmianą nazwy i właściciela zmieniła się jakość produktu. W tym starym pudełku były czekoladki o zawartości 53% kuwertury czekoladowej co uwidoczniono na denku opakowania.
Patrzę też na ten plastikowy koszmarek obecny na biesiadnym stole jakiejś, karnawałowej być może, imprezy… Pompka dozująca wódkę do kieliszków. Hmm… Gadżet z końca epoki PRL cieszący się wtedy sporą popularnością. Wtedy jeszcze pijano pod zakąskę mocne wódki w kieliszkach i dozownik pompujący ograniczał kapanie trunku na obrusy. A może odmierzał sprawiedliwie jednakowe porcje? A,że wyglądał koszmarnie jakoś nie miało wtedy znaczenia. Taki to był pęd do nowoczesności! Brrr… Coś takiego na stole we współczesnym salonie jest chyba nie do pomyślenia.
Jak dobrze, że nam się gust i jakość czekoladowej galanterii poprawiły:)




Urządzenia do porcjowania wódki nie widziałem, ale niejednokrotnie widziałem inny wynalazek - cukiernice do porcjowania cukru. Zapamiętałem je szczególnie, bo nigdy nie lubiłem, by mi ktoś cukier ograniczał. (Mareczek)
OdpowiedzUsuńOj tak, dozowniki cukru były równie koszmarne jak moja pompka do wódki.
UsuńMoją rodzinę ten koszmarek, jak o nim mówisz, ominął. Pamiętam zaś ze swej szalonej, wczesnej dojrzałości firmowe pompki na butelkach wódki Smirnoff o pojemności 3 litry. Bardzo praktyczne ponieważ nikt, a szczególnie po kilku głębszych nie dałby rady napełnić typowych dla wódki kieliszków typu małgorzatka.
OdpowiedzUsuńWychodzi na to, że moja rodzina preferowała zakupy detaliczne, po pół litra:))
UsuńAle jestem zaskoczona, że plastikowa pompka to unikat. Miałam wrażenie, że to gadżet bardziej popularny.
Pompkę-dozownik znam (jak się okazuje, mój ojciec był zapalonym gadżeciarzem! 😂Lubił i znosił do domu wszelkie "nowości", co się wydało przy sprzątaniu piwnicy)
UsuńWitaj w gronie pompkowiczów! Jak widać po wypowiedziach gości jest to grono jakby elitarne bo nieliczne:)
UsuńNiektóre przekąski i desery nie były takie złe. Ja polowałem na serki topione z szynką , albo z pieczarkami. Krytykowany blok czekoladopodobny, czy nawet chałwa w bloku, też nie były do pogardzenia. Ale wszystko przebijały domowe prywatki, nawet te z kanapkami z jajek, majonezu i ogórków ...
OdpowiedzUsuńDozownika do alko nie pamiętam, ale kiedyś ojciec dostał 3 litrową butlę jakiegoś dobrego koniaku. Butla stała u niego w gabinecie na 3 metalowych nóżkach i miała wmontowany ... kranik. Po 2-3 latach "poszła" jako prezent do jakiegoś ważnego urzędnika. To był chyba t.zw. prezent przechodni.
Oczywiście, że były na stołach również pyszności a kanapki stanowiły arcydzieła manufaktur kulinarnych. Wiele było przepisów na ciekawe pasty kanapkowe, w tym na przykład pasta z piklinga:)
Usuń3 litry koniaku to potężny prezent oraz wyzwanie dla konsumentów. Nie wydaje Ci się, że montowanie dozowników zachęca do korzystania z nich? Dla samej przyjemności sprawdzenia ich działania? Podobnie jak znane z poematu pociąganie za sznurek aby Dąbrowskiego usłyszeć mazurek:))
Ależ sentymentalna podróż! 😌 Te wszystkie drobiazgi mają w sobie coś, czego nowoczesne gadżety czy opakowania już nie oddadzą – historię, klimat tamtych czasów i wspomnienia pokoleń. Ten stary Wedel z czasów ZPC 22 Lipca aż pachnie przeszłością i trochę smutkiem przemian. I ten dozownik do wódki… 😂 nie wyobrażam sobie dziś takiego w salonie, ale kiedyś musiał być prawdziwym hitem praktyczności!
OdpowiedzUsuńFajnie, że mimo zmieniających się trendów i jakości, te starocie wciąż potrafią wywołać refleksję i uśmiech. Takie małe muzeum wspomnień w domowej szafie – bezcenne.
Oj tak, zawartość szafy oraz szuflad bywa ożywcza dla wspomnień. Dlatego warto je czasem przewietrzyć i wydobyć to co może być interesujące dla kolejnych pokoleń oraz tych co jeszcze pamiętają:)
UsuńMiło, Andrzeju, że odwiedziłeś moje starocie - jest ich tu więcej. Jeśli zechcesz to zapraszam do przejrzenia archiwum. Zapraszam do grona gości na peerelku.
Anzai pisze o prezencie przechodnim. Takie alkohole pochodzące z Pewexu trafiały po drodze do komisu, gdzie za jedną zagraniczną flaszkę można było otrzymać ekwiwalent kilku krajowych półlitrówek. Czytałem gdzieś w tych czasach, że sprzedawczynie pewnego komisu postanowiły w tajny sposób znaczyć trafiające do nich butelki. Okazało się, że niektóre przechodziły przez ten komis po kilka razy. (Mareczek)
OdpowiedzUsuńA to ci historia! Fajne te sprytne sprzedawczynie.
UsuńNa imieninowych stołach pojawiały się też takie cuda. O cukiernicy wspomniał Mareczek.
OdpowiedzUsuńNo i przecież takie ustrojstwa! TECHNOLODŻIA!☺️😁
Lilko to nie jest żadne "ustrojstwo" ale zacny syfon do sporządzania wody sodowej! Był u nas w domu naboje z gazem do niego kupowałam jako dziecię posyłane do sklepu gospodarczego. Jakież to było ekologiczne i bezplastikowe:)
UsuńPowraca się do tego napoju w ramach unikania butelek pet. Nie jest to współczesny syfon ale urządzenie podobne do ekspresu kawowego ze szklanym pojemnikiem wieloletniego użytku. Widziałam reklamę tegoż niedawno.
To dopiero Technolodżia!
Oczywiście syfon na naboje był w domu (pamiętasz? tata gadżeciarz😜), tylko po naboje nikt nie chciał chodzić... więc orzekłyśmy (my - dzieci), że ten gaz w nabojach jest bardzo niezdrowy... babcia wpadła w lament.. i syfon wylądował w piwnicy! 😁
UsuńZamiast tego panowały w domu szklane syfony, po wymianę których chodził dziadek (przecież były ciężkie!).
Jako że napełnianie tych syfonów było ulicę dalej, a uliczka ta prowadziła nad jezioro, to czasami i my (dzieci😉) dałyśmy się namówić na spacer. A wtedy całą zgrają się szło - butle wymienialiśmy i z pełnym "towarem" lądowaliśmy na plaży.
Tam następowało "opróżnianie" zawartości syfonów ... w drodze powrotnej znów zahaczaliśmy o warsztat z butlami, by zaopatrzyć chałupę.
Ile wtedy dzieciaków zdołaliśmy napoić (na tej plaży), to nasza radocha!
A można było jakiś interes (typu "mały saturator") zorganizować... tylko kto o tym pomyślał!? 😂😂
Oj, to ja miałam gorzej bo warsztat od syfonów był daleko "w mieście" i trzeba jechać tramwajem. Delegowany był mój starszy brat. Napełnianie butli nazywano "nabić syfon" ale tak naprawdę to chyba były one zamieniane, pełne na puste.
UsuńFajnie miałaś z tą plażą nad jeziorem. Nas, przed wysuszeniem, ratował basen ratował. Ale jak mu się równać z jeziorem...
co tam jezioro! Ech..! Mieć wtedy osobistego brata! Starszego w dodatku...! Wow... 😜😁
UsuńTo prawda, starszy brat przebija jezioro:))
UsuńPompki nie pamiętam. Jedynie taki specjalny korek z dziubkiem, żeby się nie wylewało.
OdpowiedzUsuńSyfon to był luksus. Mieliśmy taki z NRD chyba, metalowy. Naboje też pamiętam do syfonów, ale nie wiem, gdzie to u nas się kupowało czy wymieniało 😃
Mielismy coś do robienia lodów przywiezione ZSRR, tylko nikt tych lodów nie robił. Nawet domowy magiel przywiózł ktoś z rodziny. Również ze wschodu. Moja mama przestała prasować na stole w kuchni, kładąc na niego taki przepalony kocyk 🤣 nie słyszałam wtedy o deskach do prasowania. A sama dostałam w prezencie ślubnym i się bardzo cieszyłam.
A wiesz, ja też miałam dość późne spotkanie z deską do prasowania. Chyba naprawdę ich wcześniej nie było. Przepalone kocyki były w powszechnym użyciu:)
UsuńE. Wedel - w dzieciństwie wymawiałem to Edel Wedel.
OdpowiedzUsuńA na stare lata - firma nazywa się E. Wedel a właścicielem jest obecnie firma południowo-koreańska. W międzyczasie właścicielem była firma Cadbury... niestety ten kot bury kojarzy mi się z czekoladą słabej jakości i od wielu lat gorzknieję na czekoladach belgijskich i szwajcarskich.
Gorzkniejesz wykwintnie:) Belgijskie czekoladki i szwajcarska czekolada należą do najlepszych w świecie.
UsuńSmacznego:)
Ucieszyłam się jak dziecko, kiedy zobaczyłam Twój nowy post. Pompki alkoholowej nie pamiętam, korek z dziubkiem tak. Podobnie było z syfonami szklanymi i metalowymi. "Mały magiel" kupiła mi matka od Rosjanki, ale dla mnie był za ciężki, więc sprezentowałam go córce sąsiadki, która wtedy miała małe dziecko, żeby tetrowe i flanelowe pieluchy mogła prasować. Niechaj w nowym roku Ci się wiedzie, również blogowo. Uściski.
OdpowiedzUsuńA ja się cieszę, że Ty się ucieszyłaś:)
UsuńDomowe magle pamiętam jako produkt budzący podziw, ale nie pamiętam aby ktoś z moich znajomych tego używał. Chyba był bardziej pożądany niż używany:))
Niech się nam obu wiedzie!
Pamiętam nawet, że lubiłam zapach tego przypalonego kocyka od żelazka. Taki był wyślizgany, jak kiedyś mężczyźni mieli stare spodnie ciągle prasowane świecące się 🤣Domowe ciepło w kuchni. Mama ciągle prasowała ojcu koszule, bo on pracował w służbach mundurowych.
OdpowiedzUsuńA ten magiel też rodzice sprzedali kuzynce z dziećmi.
Pozdrawiam z Lublina, bo siedzę tu w galerii czekam na córkę. Przyjechałyśmy do Ikei.
Och, to daleka wycieczka! Nie bliżej do Szwecji? Hi, hi, hi...
UsuńJak Ty wszystko dokładnie spamiętałaś! Ja staram się wymazywać z pamięci te koszmarki i to zarobienie bez wytchnienia od rana do wieczora, ponieważ prasowanie lnu zabierało sporo czasu, gotowanie, robienie przetworów, szycie, polowanie w sklepach na towary też nie było łatwe plus praca zawodowa, oczywiście...
OdpowiedzUsuńZasyłam serdeczności
Moja pamięć jest wspomagana starymi zdjęciami scenek rodzajowych z życia:))
UsuńMam wrażenie, że na to dawniejsze "zarobienie" było więcej czasu w ciagu doby. Teraz dzień jakby się skurczył, czyż nie?