czwartek, 13 grudnia 2012

Gdzie są futra z tamtych lat?



        Nie ma żartów, zima jest blisko. Mróz już tu jest. Wprawdzie nie maluje nam kwiatów na szybach, ale znaczy swoją obecność na zaokiennych termometrach. Media prowadzą kampanię promującą używanie czapek. Niepotrzebnie! Czapki promują się same dzięki „gwiazdom” ekranu, które ubierają czapki, kapelusze i turbany nawet w cieplutkim studio. Czapki są więc trendy. A co z resztą zimowego ubioru? 

Patrzę z nieśmiałością w stronę pawlacza. On tam jest! Zawinięty w starą poszewkę /aby mógł oddychać/ wietrzony i odkurzany od czasu do czasu czeka na swój Wielki Powrót. Kołnierz ze srebrnego lisa. Właściwie jest to cały „były” lis, z pyszczkiem i ogonem. Uformowany i uszyty tak jak kazała moda lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. A moda była na to wielka. Wielkie futrzane czapki i kołnierze. Zamożniejsi obywatele fundowali swoim kobietom eleganckie kurtki z lisów. Dzięki temu powstała specyficzna grupa futerkowych bogaczy. Już nie tylko „badylarze”, ale i hodowcy zwierząt futerkowych rośli w siłę i żyli prawdziwie dostatnio. Prywatna inicjatywa kwitła.

        My, obywatele i lud pracujący, mieliśmy futerka z królików, nutrii oraz lisów i kożuchy. Kożuchy nade wszystko. Takie długie do kostek z ogromnymi kudłatymi kołnierzami. Ach, moje niespełnione marzenie…

        Szlachetniejsze gatunki futer, norki i szynszyle pozostawały poza zasięgiem peerelowskiej kieszeni. Natomiast nutrie były dostępne jak najbardziej. Nawet mężczyźni chętnie ubierali wysokie czapy z tego futra. Hodowle nutrii powstawały szybko i gęsto. Krążyły legendy o dodawaniu mięsa nutrii do deficytowych kiełbas… Kto wie ile tych szczuropodobnych  zwierzątek zjedliśmy?

        Tak sobie gaworzymy z moją sąsiadką o zimowych odświętnych strojach. Na szczęście jeszcze nie przejęliśmy zwyczajów zachodnich sąsiadów spędzających Boże Narodzenie w starych dresach i nadal lubimy „kościółkowo” ubrać się na Święta.

- gdy moja córka emigrowała do Anglii, kupiłam jej na „wyprawę” śliczną kurtkę z białych lisów. Aby miała na długie lata. No i co? Teraz boi się tę kurtkę  ubrać bo na ulicach szaleją ekolodzy oblewając farbą naturalne futerka… A ich właścicieli wyzywają od morderców… Wzdycha dość dramatycznie sąsiadka.

        Teraz rozumiecie dlaczego z obawą zerkam na mój futrzany kołnierz oraz czapkę? Przecież ekolodzy polują na futra w Polsce też. Tak sobie myślę: dlaczego anty futrzane organizacje walczą o życie zwierząt futerkowych pozostawiając bez ochrony miliony kurczaków hodowanych na zabicie, które już nawet nie nazywają się kurczakami tylko brojlerami? Czy życie i trauma szynszyla są więcej warte?

        Byliśmy, w peerelu, barbarzyńcami ubierając  w futerka i kożuszki nawet małe dzieci? Ba, całe pokolenia, od zarania ludzkości ubierały się w zwierzęce skóry. A Fredrowska Klara żądała wręcz: …jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby!  Tej to by się dopiero dostało od współczesnych ekologów!

        Ech… chyba zaryzykuję z moim lisem. Modna i ekologiczna już byłam w dzieciństwie nosząc futerko ze sztucznego misia.


środa, 5 grudnia 2012

Och, ten Święty M !



        Był już, był! Popatrzcie  i sami oceńcie ten pomysł i wykonanie!



Oj kawalarz z tego Świętego w Czerwonej Czapce. Pracowicie wydziergany sweterek na komputerową mysz nazwałam „myszką na myszkę”. Ale, dowcipny Święty dodał Pana Mysza do towarzystwa.


No i teraz kłopot… Czy będą się rozmnażać? W jakim tempie i w jakiej ilości? Czy wystarczy mi urządzeń elektronicznych, które sobie upodobały? Strącone z klawiatury hycnęły chyżo wprost na podstawkę telewizora i dekoder… i tak dziwnie na mnie patrzą!

Święty, Święty M! Po mistrzowsku połączyłeś tradycyjne rękodzieło z nowoczesną techniką. Tylko finezyjne poczucie humoru oraz zręczne paluszki mogły to uczynić. Dzierg, dzierg, dzierg…

Na pohybel marketowej tandecie!

ps.
pomyśleć tylko, że w poprzedniej epoce prezentem dzierganym bywały szaliki, czapki i skarpetki…


ps.
Kochani, pora na przedświąteczne zalewanie! Zapraszam TUTAJ

 

piątek, 30 listopada 2012

Imieniny, rodacy!



        Ten tekst dedykuję panom Andrzejom w dniu ich imienin oraz paniom Barbarom, których imieniny nadejdą już niebawem. 

        Jak dobrze, że jesteście. Dzięki Wam i bogatym tradycjami waszym patronom, wciąż pamiętamy czym są Imieniny. No bo jak tu winszować imieninowo Klaudiom, Nicolom albo Andżelikom? Ich imiona nie widnieją w popularnych, polskich /?/ kalendarzach pod dwujęzycznymi już zazwyczaj nazwami dni. 

        Imię Andrzej, to co innego!  Dla podkreślenia ważności, Biskup Krakowski ogłosił dyspensę na piątkowo-postny tego roku Andrzejkowy dzień.  Wielkoduszność czy sprawnie działające lobby gastronomiczne? A może promocja świętowania Imienin? Tak się bowiem stało, że nasz katolicki naród  chętnie wyśpiewuje Happy Birthday w stosownym dniu i odstawia w kąt swoich świętych imienników?

        Zagryzając dozwoloną dziś kiełbasę zaglądam do broszurki Wydawnictwa Gospodarczego z 1960 roku, aby poinformować się w kwestii organizacji przyjęć domowych z okazji Imienin właśnie.


        Czytam zatem:
 
”W pierwszych latach po wojnie warunki życia sprawiły, że spotkania towarzyskie uległy znacznemu ograniczeniu…
Obecnie, kiedy większość z nas posiada choć niezbyt przestronne, ale miłe, nowe mieszkania, chcemy od czasu do czasu dać upust wrodzonej gościnności.
Do urządzenia przyjęć skłania nas jakaś uroczystość rodzinna… na przykład imieniny pani czy pana domu…

Decyzję o urządzeniu przyjęcia podejmujemy dość wcześnie aby mieć wystarczającą ilość czasu na załatwienie wszystkich spraw związanych z jego przygotowaniem. Najbardziej popularna porą przyjęć są godziny 16-17. Jest to pora podawania podwieczorku”.


Przyjęcie w porze kolacji, zwykle w godzinach 19-20, wymagają innego charakteru i oprawy… trzeba się przygotować zarówno od strony kulinarnej, nakrycia stołu jak i potrzeby zorganizowania odpowiednich rozrywek.

Na przyjęcie z okazji imienin trzeba gości zaprosić. Panuje wprawdzie pogląd, że przyjaciele powinni sami pamiętać i zjawiać się z życzeniami. Nie trzeba jednak obarczać zbytnio pamięci przyjaciół…

Na kilka dni przed wyznaczonym terminem przyjęcia, odpocząwszy po całodziennych zajęciach, jeśli pracujemy poza domem i w domu, bierzemy arkusz papieru i zamieniamy się w planistki. Aby to nie uszło naszej uwagi-odnotowujemy sobie datę przyjęcia i ilość osób… wygodniej nawet wynotować ilość kobiet i mężczyzn. Ułatwi to obliczenie ilości potraw i napojów…

 
Układając jadłospis zmuszone jesteśmy poczynić odstępstwa od zasad higieny żywienia. Przygotowujemy zwykle więcej jedzenia niż na normalny posiłek. Nie możemy jednak zapomnieć aby na stole znalazły się potrawy, które mogą być spożyte przez osoby będące na diecie… – tu następuje szczegółowy opis kłopotów czekających gospodarzy jeśli zapomną o problemach gastrycznych takich gości. A na koniec dobra rada:

” Jeśli przekroczymy budżet na przyjęcie, trzeba zrezygnować przede wszystkim z alkoholu. Wśród uczestników przyjęcia obserwujemy różną reakcję na spełniane „kolejki”. Początkowo rozmowa się ożywia… rozwiązują się języki. Stan taki trwa krócej lub dłużej w zależności od częstotliwości „kolejek” oraz mocy trunku i głów biesiadników. Potem jedni goście są smutni i senni, stają się nadmiernie obraźliwi, jeszcze inni skłonni do wygłaszania przemówień…”

Autorka broszury nie zapomina o niczym:

„Mając pełny plan projektowanego przyjęcia możemy ułożyć kalendarzyk prac oraz rozdzielić czynności pomiędzy domowników. Zajęcia powinny być tak rozłożone aby pani domu mogła znaleźć czas na dokonanie zabiegów poprawiających wygląd i podkreślających urodę. Nie wolno witać gości zmęczonymi oczyma i twarzą pobladła z przepracowania”.


No i proszę,  PRL to czas szary i smutny?  Bezwzględny i obcesowy, żeby nie powiedzieć nieokrzesany. Widać tu wyraźnie jak wielką uwagę zwracano na wygodę i dobre samopoczucie drugiego człowieka. Dominuje tu myślenie o innych, wymaga się włożenia wysiłku i pracy własnej w celu zadowolenia bliskich i przyjaciół. To chyba największa różnica między okresem PRL, a współczesnością, w której wystarcza SMS z życzeniami lub rezerwacja stolika w restauracji. Gdzie tu miejsce na troskę i serce dla człowieka?