Mam
ochotę na galaretkę owocową. Taka chyba oryginalna bo wspomnieniowa zachcianka.
Kolorowe galaretki królowały niegdyś w szklanych gablotkach każdej kawiarni
jako sztandarowy deser. Ozdabiane kleksami bitej śmietany i okraszane rodzynkami,
czasem grubo tartą czekoladą. Trzy podstawowe smaki: pomarańczowa, cytrynowa i
agrestowa to smakołyk dla peerelowskiego dziecka.
Co tam galaretka! W kawiarnianej gablotce królował prawdziwy deserowy
hit epoki socjalizmu: krem sułtański. Beżowa, przeraźliwie słodka masa nadziana
rodzynkami, wykończona kopczykiem bitej śmietany i kawałkami wafli. Smakiem
oraz nazwą nawiązywać miał do deserów orientalnych co udawało się znakomicie
bowiem niewielu konsumentów znało prawdziwe orientalne smaki. Takie słodkie
otwarcie na świat… hi, hi, hi.
Najlepsze desery serwowały koktajl - bary, niezwykłe
królestwa łakomstwa. Tu można było wypić mleczne koktajle miksowane na bazie
kefirów lub prawdziwej śmietany. Tu podawano też desery lodowe. Najbardziej
ekskluzywną ich formą była melba czyli puchar lodowych gałek z kawałkami owoców
tonący w bitej śmietanie. Nieco skromniejszy lodowy deser to wielowarstwowe
kule o nazwie Cassate. Zamawiano połówki
lub ćwiartki takich kul. Pyszności!
Niektóre koktajl - bary zyskiwały sławę ogólnopolską i miano miejsc
kultowych. Wspomnę tu o warszawskim barze Horteks, krakowskim Kopciuszku oraz pewnym
zakopiańskim o zapomnianej już nazwie…
Och,
nikt nie nakazywał liczyć kalorii, nie straszył cholesterolem, miażdżycą, ani
nawet cukrzycą. Obywatelom pozwalano objadać się tłustymi słodkościami bez
wyrzutów sumienia. Wybór był szeroki.
Cukiernie kusiły ciastkami. Kremówki,
napoleonki, nugaty i ptysie można zjeść na miejscu przy małym stoliczku w rogu
cukierni lub poprosić o zapakowanie. Ciastka ułożone na tekturce owijano w
szary papier i wiązano papierowym sznurkiem w taki sposób, aby jego końcówki tworzyły
uchwyt. Tak zapakowana paczuszka dyndała wesoło w czasie pieszego transportu.
Kawiarnie, koktajl bary i cukiernie to słodkie miejsca odświętne,
odpowiednie na randki i spotkania z przyjaciółmi. A na co dzień, w sklepie
spożywczym można było nabyć łom czekoladowy. Wielki kloc twardej, czekolado
podobnej masy z zatopionymi w niej
kawałkami herbatników. Pani sklepowa odłupywała kawały tego bloku za pomocą
ogromnego noża przypominającego tasak. Sprzedawano na wagę. Nie był to szczyt
dobrego smaku, ale w czasach niedoboru i tak wielce pożądany artykuł. Poczta
pantoflową krążyły przepisy na domowy wyrób tego specjału z mleka w proszku
oraz kakao.
Rozmarzyłam się… Miało być jeszcze o budyniach i kisielach,
gruszce w sosie waniliowym przyrządzanej w ramach szkolnych zajęć
praktyczno-technicznych... A tymczasem moja galaretka nadal czeka w swojej
kolorowej torebce. Niech tak zostanie, wspomnienia wystarczą, już mi słodko.


.gif)