wtorek, 6 września 2022

Ciocia na imieniny sama w domu

         Gdy już wreszcie dojrzałam do bycia matroną, rodzinne imprezy pod tytułem „U cioci na imieninach” wyszły z mody. No i masz! Główna rola sędziwej solenizantki przepadła z kretesem.

        Zamiast dedykowanych recytacji w wykonaniu okazjonalnie wystrojonych dzieciąt – Plum…pik…plamm…taaaa…tam! Odzywa się telefon: „Cześć Ciocia! Wszystkiego najlepszego na Imieniny. Co tam, jak tam, co słychać?” I już po chwili wysłuchania bieżących relacji: „Acha, no to pa!”

        Zamiast owiniętych w papier trzech goździków wręczonych „zielonym do góry” – Plum…pik… plam…taaa, tam! Odzywa się ktoś z rodziny:” Co ci kupić na Imieniny?”  Wrrr… Chce mi się odburknąć, że nie znoszę takiego pytania, ale nie wypada. ***

        Zamiast nieco bardziej wytwornego odzienia „do pracy” lub nawet „po domu” wspomnienie ambarasu z poczęstunkiem służbowym w miejscu zatrudnienia. Bo to transport pudeł z ciastkami, bywało nawet tortów parę sztuk, kawy, herbaty, śmietanki i no jeszcze coś… Ale o tym szaa…. A najbardziej śmieszno-dziwne wspomnienie to smak ciepłej wódki (no bo skąd lodówkę wziąć) wychylonej ukradkiem spod lady w punkcie skupu żywca wieprzowego w towarzystwie współ solenizanta legitymującego się tytułem Zaprzysiężony Wagowy. No, no… Potwierdzała to stosowna pieczątka bez której kwit skupowy całkiem nieważny byłJ) Świnki kwiczały, ale raczej nie z powinszowaniem.

        Śpiewam zatem Addio… prawie jak mistrz Michnikowski o pomidorach tak i ja o imieninowych biesiadach: I cóż, że jeść ja będę… sałatkę jarzynową, w zgrabną kosteczkę usiekaną „ku pamięci” dawnych przyjęć, gdy brak zastawionego dla familii stołu, brzęku odświętnej zastawy i zarumienionych od toastów biesiadników zabawiających się nawzajem seriami dowcipów? Ech, niechby nawet parkiet zadeptali, szklankę stłukli czy coś…

        Nie, nie skarżę się. Tylko z blogowego obowiązku dokumentowania wspomnień oraz zmiany obyczajów odnotowuję fakt zaniku balowania „U cioci na Imieninach”.

        Plummm…pik…plam…taaa…tam! Biegnę odebrać życzenia:)

              

        ***  Gdy wspominałam goździkowy bukiet, nie wiedziałam, że ktoś właśnie szykuje dla mnie taki prezent z trochę innej okazji, ale jednak:) To się nazywa telepatia!   

A co, a kto... Klik w obrazek:)



   

       


niedziela, 7 sierpnia 2022

Przyszła paczka z Ameryki!

         Nie, nie! Nie teraz, ale bardzo wiele lat temu:) 

Bywało bowiem tak, że trochę wzbogaceni w USA lub w Kanadzie, powojenni emigranci, wzruszeni niedostatkiem rodaków w Polsce Ludowej, starali się pomagać przysyłając zza oceanu co nieco. Kilka dolarów ukrytych w listach oraz niekiedy spore paczki z różnościami. Banknoty w listach nie wzbudzały u dziecka emocji za to taka paczka oklejona zamorskimi naklejkami i stemplami – jak najbardziej!

        Ach, co też jest w środku? Dziecięce paluszki pociągały za sznurek, obracały paczkę na wszystkie strony wyobrażając sobie” „Bógwieco:) Ale trzeba było czekać, aż dorośli rozpoczną otwieranie pudła. Myślę, że odwlekali ten moment bo także napawali się radosnym oczekiwaniem.

        W środku było po amerykańsku kolorowo. Dominowały tekstylia w jaskrawych barwach i ekscentrycznych jak na socjalistyczne gusta wzorach. Oczywiście nylony i stylony, a z czasem nawet krempliny. Zdarzały się sztuki pościeli lub kuponiki materiału do uszycia czegoś. Były puszeczki z zawartością, której przeznaczenia już nie pamiętam. Pudełeczka z tabletkami chyba aspiryny albo coś w tym rodzaju. Tasiemki, gumki do wciągania, włóczki, a nawet paczuszki gumy do żucia, która wtedy była produktem egzotycznym i dość kłopotliwym w użyciu.. Denerwował szybko znikający słodki smak a długotrwałe poruszanie szczęką bolało. Spożywczy asortyment darów uzupełniał kartonik paczuszek z proszkiem do pieczenia. Za wielką wodą uznano, że nieco pulchności nam się przyda: ) Nie domyślili się, że dziewczynka marzyła o „śpiącej” lalce… Były za to sukieneczki z falbankami i słodkie sweterki.

        Skąd te wspomnienia? Ano tak: Zatęskniłam za odświeżeniem mieszkania. Prawdziwy remont choć woła i piszczy - obecnie niemożliwy,  więc postanowiłam zadowolić się organizowaniem „po remontowej” świeżości w szafach, pawlaczach i innych zakamarkach. Doszło do tego, że wyprane zostały zapasy naszyjników i korali wraz z wiklinowymi pojemnikami których zamieszkują:) A potem to już poszło! Dalejże wywlekać zakurzone i zapomniane zawiniątka. W jednym z nich natrafiłam na przechowywane przez dziesięciolecia skarby z amerykańskiej paczki w postaci całkiem nieprzydatnych prześcieradeł i pseudo poszew na kołdry o kosmicznych rozmiarach. Materiał przetrwał bez szkody dla kondycji i urody, ale postanowiłam zachować tylko wspomnienia i niepotrzebne zwoje przekazać w czyjeś ręce w ramach zbiórki tekstyliów używanych. Rymmms… Do wora! Poszło…

        Z zamorskich darów zachowałam samotny banknot, pochodzący z późniejszych niż wspomniane paczki czasów i został przysłany jako załącznik do świątecznych życzeń. Jest ładny i nie zabiera dużo miejsca więc niech zostanie.


 


 

 


 

środa, 20 lipca 2022

Kup nam kilo jajek!

       Taką jednostkę miary przy sprzedaży jaj dla letników, stosowano wiele, wiele lat temu w miejscowości Dukla położonej nieopodal granicy z Czechosłowacją.

        Kupowanie jaj „na kilogramy” wydawało się nam, mieszczuchom, dość oryginalne, a nawet zabawne, acz w pewnym sensie uzasadnione. Bowiem jaja „od baby” nie były kalibrowane i klasyfikowane według wielkości. Dzienny „urobek” w kurniku zawierał jajka  o różnej wielkości więc ustalenie ceny według wagi miało sens.

        Jaja były niezbędnym produktem do sporządzenia jajecznicy z pieczarkami zbieranymi na pobliskim pastwisku przy okazji porannego spaceru z psem. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że oba produkty to czysta ekologia. Pieczarki wyrastały wesoło tuż obok krowiego placka, były naturalnym darem natury. Czy dodawać trzeba, że smak ich i aromat był nieporównywalny do współczesnych grzybów hodowanych na sterylnych podłożach?

        Śniadania letnicy musieli organizować sobie sami. Ówczesna agroturystyka obejmowała serwowanie rodzinnych obiadów jedynie. Przy czym, Panie Letniczki zobowiązane były do pomocy przy zmywaniu garów oraz porządkowania ogromnej kuchni po obiedzie. Oczywiście także ekologicznie: w szafliku, bez używania detergentów i z szorowaniem ryżową szczotką drewnianego blatu ogromnego roboczego stołu. Panowie bywali wykorzystywani przy rąbaniu drew do pieca oraz noszenia wiader z wodą czerpaną ze studni. Małe dziewczynki mogły udawać księżniczki przechadzając się wśród bujnych, ogrodowych floksów lub doglądać jabłuszek w koronie ich drzewka.

        Dzieci oraz psa kąpano w rzece, do nauki pływania służyła plastikowa piłka w siatce na zakupy mocowana na pleckach dziecka. Na kwaterze używano nocnika, a za potrzebą chodziło się do drewnianego domku z serduszkiem wyposażonego w papier gazetowy do wiadomego użytku. Gospodyni domu wieczorami siadywała na progu i pykając papierosa w lufce opowiadała historie minionych lat. Jeśli letnicy mieli chęć posłuchać i akurat nie byli zajęci grą w kości.

         Nieopodal, w zasięgu popołudniowego spaceru, była granica państwa – przejście graniczne Barwinek. Miejsce to wywoływało emocje podobne do bajkowych wizyt na końcu świata. Nikomu z rodziny nawet nie przyszło na myśl przekroczenie tej granicy choć było to chyba całkiem możliwe i proste. Nam wystarczało „bycie na granicy” i fotografia przy szlabanie.

        Dzieciaki i podrostki chętnie natomiast „zdobywali” centralną atrakcję miasteczka, którą był prawdziwy czołg – pamiątka dość ciężkich walk o przełęcz Dukielską w czasie drugiej wojny światowej. To chyba był już okres fascynacji serialem Czterej Pancerni i Pies” albo tuż przed. Wszystko się zgadzało, było nas czworo i pies, ale dorośli jakoś nie kwapili się do wdrapywania na czołg. Pies także nie.

        Wakacyjne wyczyny rodziny obserwował z niebios szacowny Patron tych wypraw – przedwojenny notariusz na urzędzie w mieście Dukla. Mój dziadek.

        Takie mi się przydarzyły wspomnienia przy okazji porządkowania fotografii. Ot, otwierasz stare pudełko ze zdjęciami i wyskakują z niego jajka na kilogramy:) Dziadek by się uśmiał!